Nieco ponad dwa lata temu na łamach miesięcznika PS prezentowaliśmy książkę Sylwii Kleczkowskiej pt. „Fatima. Historia źle opowiedziana” (recenzja tutaj – str. 21). Autorka, absolwentka KUL, teolog i prawnik, postanowiła opracować szczegółowo fenomen tzw. objawień fatimskich. Jako katoliczce, absolwentce katolickiej uczelni, otwarto jej pełen dostęp do całej zachowanej dokumentacji. W czasie jej badania autorka stwierdziła, że jako prawnik i naukowiec musi być wierna prawdzie, a dokumenty jawnie różniły się od przekazywanej publicznie wersji wydarzeń. Odsyłam do numeru PS z lipca 2024 roku, wspomnę tylko, że trójka dzieci, którym według katolickich przekazów miała objawić się Maria, opowiadały o postaci wyglądającej jak lalka wzrostu ok. 1 metra w białych skarpetkach, sukni do kolan, w koszyku na głowie i z całkowicie czarnymi oczami, która w ogóle nie przedstawiała się jako matka Jezusa.
Niedawno Kleczkowska wydała nową, o wiele obszerniejszą
książkę „Tajemnica fatimska”, zawierającą wiele naukowych analiz, dokumentów i
fotografii. O ile poprzednia publikacja zawierała niemal wyłącznie szokujące
dla samej autorki fakty i relacje, o tyle obecnie prezentowana jest już chłodną
analizą. Tytuł nawiązuje do nagłaśnianych rzekomych trzech tajemnic fatimskich,
których wcale nie było. Jest za to prawdziwa tajemnica, jaką owiane jest całe
to wydarzenie. Autorka skupiła się na postaci Łucji, której, jako jednej z
trojga dzieci, miała ukazywać się w 1917
roku Maria. Łucja miała wtedy 10 lat, była najstarsza z trójki, mimo to dożyła
rzekomo (o tym dalej) 88 lat, podczas gdy pozostałe dzieci zmarły 2 i 3 lata po
objawieniach.
Na archiwalnych fotografiach widać poważne, nieufne i trochę
przestraszone wiejskie dzieci o ciemnawej karnacji skóry, ale Łucji dos Santos
taka fizjonomia niemal niezmiennie towarzyszyła na wszystkich fotografiach,
wykonywanych do początku lat 60.. Bo potem nagle na zdjęciach, podpisanych jej
nazwiskiem pojawia się stateczna matrona z jowialnym uśmiechem i jasną twarzą,
w okularach, których próżno szukać na wcześniejszych zdjęciach. A na tamtych
widzimy ciemną, nieufną i surową twarz o grubych rysach, z wydatną dolną
szczęką.
Zdjęcie „nowej Łucji” zostało opublikowane po raz pierwszy
przez periodyk watykański i od razu wzbudziło nie tyle podejrzenia, co po
prostu zdziwienie. Zarzucony listami redaktor naczelny tłumaczył z oburzeniem,
że przecież wszystkim zdarzają się pomyłki i zdjęcie przedstawia przełożoną
zakonną siostry Łucji. Tylko że później nikt już takich sprostowań nie
zamieszczał, „nowa Łucja” zaczęła być po prostu Łucją dos Santos z Fatimy.
Różnice w jej fizjonomii były tak wyraźne i wręcz uderzające, że nie dało się przejść
obok nich tak po prostu. Kościół katolicki jednak udowadnił, że można,
ignorując osoby, artykułujące wątpliwości, ośmieszając je lub sprowadzając w
tzw. niebyt publiczny. Spotkało to np. księdza Joaquina Marię Alonso Gonzaleza,
który otrzymał zadanie opracowania, usystematyzowania i opisania dokumentów,
dotyczących objawień w Fatimie. Jako skrupulatny i doświadczony badacz nie mógł
nie dostrzec w dokumentacji niejasności, sprzeczności i pęknięć w stosunku do
oficjalnej, późniejszej narracji (jak wiemy podobną drogę pół wieku później
przeszła polska autorka omawianej książki). Podobnie też jak Kleczkowska
przystępował do pracy z wiarą w objawienia i chęcią ich uporządkowania w dobrej
wierze. Alonzo Gonzalez stworzył monumentalne wręcz dzieło, na które złożyły
się 24 tomy, niemal 5 i pół tysiąca dokumentów i prawie 25 tysięcy stron
analizy źródeł. Zestawiając dwie fotografie Łucji dos Santos – z 1957 i 1967
roku (i boku papieża Pawła VI) wskazywał na uderzające różnice między
przedstawionymi na nich kobietami. Wszystko poszło do kosza, lokalny biskup bez
słowa uzasadnienia wstrzymał druk opracowania a jego autor został odsunięty w
niebyt społeczny i kościelny.
Mimo niemal niewiarygodnej wiary, że „ciemny lud wszystko
kupi”, sprawą zagadkowej przemiany fizjonomii Łucji zaczęto się coraz szerzej
interesować. Prowadzono analizy porównawcze i badania naukowe fotografii,
zachowanych filmów oraz badania grafologiczne. Zebrano wiele ekspertyz, w tym
wykonywanych przez renomowane instytuty, m.in. także z USA. Ogromna większość z
nich była jednoznaczna – są (były) dwie Łucje dos Santos. Jeden z najbardziej
zaangażowanych badaczy, w trosce o to, by zebrany materiał nie uległ
rozproszeniu i ewentualnemu zniszczeniu, powołał w 2017 roku do życia fundację
„Sister Lucy Truth” (Prawda Siostry Łucji), na której stronie w internecie
dostępne są wszystkie przeprowadzone analizy. Mimo to wykazana jasno prawda
jest niezmiennie wyśmiewana i dezawuowana, nie tylko zresztą przez kościół
katolicki.
Po co jednak „podmieniono” Łucję? Co stało się z
„oryginalną”? Te pytania pozostają bez odpowiedzi, badacze zwracają jednak
uwagę, że „fatimska” Łucja nie wpisywała się w oficjalną narrację o
objawieniach, a jej zniknięcie zbiegło się z soborem Watykańskim, wyznaczającym
nową politykę kościelną, także w kwestiach objawień fatimskich. Może trzeba
było kogoś, kto ochoczo jej przyklaśnie?
W tle historii od samego początku pojawia się loża masońska a także tajemnicza wewnątrzkatolicka organizacja Opus Dei, otoczona złą sławą. Ale także wewnątrzportugalska i międzynarodowa polityka. Jaką rolę odegrały te czynniki? Strach pomyśleć, tym bardziej gdy przeczyta się notkę na tylnej okładce książki Kleczkowskiej…
Jarosław Wierzchołowski