26 maja 2016

Inny pokarm

Dziś ponownie czytałem historię o spotkaniu Jezusa i Samarytanki przy studni. Zadziwia mnie wciąż na nowo ile treści niesie ta lakonicznie opowiedziana przez ewangelistą opowieść.
Jezus był sam, uczniowie udali się w tym czasie na zakupy. Wrócili już po skończonej rozmowie i prosili go, mówiąc: Mistrzu, jedz! Ale On rzekł do nich: Ja mam pokarm do jedzenia, o którym wy nie wiecie. Wtedy uczniowie mówili między sobą: Czy kto przyniósł mu jeść? Jezus rzekł do nich: Moim pokarmem jest pełnić wolę tego, który mnie posłał, i dokonać jego dzieła. [Ewangelia Jana 4:31-34]
Mistrz nie wyjaśnił dokładnie uczniom co miał na myśli, a przypominając sobie ich wątpliwości po o wiele oczywistszych wypowiedziach Jezusa mamy prawo podejrzewać, że niewiele z tego zrozumieli. Rozwinął za to myśl o pełnieniu woli Ojca - Już żniwiarz odbiera zapłatę i zbiera plon na żywot wieczny, aby siewca i żniwiarz wspólnie się radowali. W tym właśnie sprawdza się przysłowie: Inny sieje, a inny żnie. Ja posłałem was żąć to, nad czym wy nie trudziliście się; inni się trudzili, a wy zebraliście plon ich pracy. [4:36-37] Nie sądzę by uczniom to pomogło, tak samo jak mnie nie pomagało. Oczywiście Jezus ponad wszystko chciał pełnić wolę swego Ojca, to przecież oczywiste, wiemy to z Biblii – tłumaczyłem sobie. Jednak dzisiaj zrozumiałem, dlaczego Jezus zrobił to porównanie do jedzenia, zaspokajającego głód.
Myślę, że wielu czytelników tego posta „zapominało o Bożym świecie” robiąc coś pasjonującego, uznawanego za bardzo ważne, mogące przynieść wspaniałe rezultaty. W takich sytuacjach zapomina się o głodzie, zmęczeniu, potrzebie snu. Ważniejszy, najważniejszy jest efekt działania, które prowadzimy. Jest inny pokarm. Najważniejsze jest żniwo.
Oczywiście istoty tego pokarmu, o którym mówił Jezus nie można tłumaczyć naszymi emocjami w służbie, adrenaliną itp. Mamy tu do czynienia z rzeczywistością duchową. W kontekście słów wypowiedzianych przez Jezusa po rozmowie z Samarytanką warto przypomnieć sobie inną Jego wypowiedź: Albowiem ciało moje jest prawdziwym pokarmem, a krew moja jest prawdziwym napojem. Kto spożywa ciało moje i pije krew moją, we mnie mieszka, a Ja w nim. Jak mię posłał Ojciec, który żyje, a Ja przez Ojca żyję, tak i ten, kto mnie spożywa, żyć będzie przeze mnie. [Ewangelia Jana 6:55-57]
Takie proste. 

2 maja 2016

A tak konkretnie?

Kiedy Nikodem przyszedł na nocną rozmowę do Jezusa rozpoczął bardzo grzecznie i kurtuazyjnie: Mistrzu! Wiemy, że przyszedłeś od Boga jako nauczyciel; nikt bowiem takich cudów czynić by nie mógł, jakie Ty czynisz, jeśliby Bóg z nim nie był. (Ewangelia Jana 3:2). Taka postawa pełna (udawanego?) szacunku, taki miły wstępik do rozmowy. Jakie były intencje Nikodema, po co przyszedł do Jezusa? Czy był wysłanym przez faryzeuszy szpiegiem, mającym chytrze podejść Jezusa i uzyskać w „szczerej” rozmowie w cztery oczy to co nie udawało im się publicznie? A może rzeczywiście był zaintrygowany postacią Jezusa i Jego naukami i przyszedł nocą by jego towarzysze nie dowiedzieli się o tym? Tego nie dowiemy się (tutaj).
Oczywiście rozmowa mogła potoczyć się w tonie zainicjowanym przez Nikodema, Jezus mógł odwzajemnić się mu komplementami i dowodami uznania, potem zaprosiłby go do stołu, porozmawialiby trochę o problemach z Rzymianami, o tym, że ciągle brak funduszy na ostateczne wykończenie świątyni i w końcu przejść do spraw zasadniczych czyli do rozmów o Torze. Czy naprawdę tak mogło być? Nie, na szczęście nie! Biblia pokazuje mi, że nasz Pan nie bawił się w kurtuazyjne rozmowy „o pogodzie”.
Pomijając grzeczny wstęp Nikodema Jezus od razu przeszedł do rzeczy. Odpowiadając Jezus, rzekł mu: Zaprawdę, zaprawdę, powiadam ci, jeśli się kto nie narodzi na nowo, nie może ujrzeć Królestwa Bożego. (Ewangelia Jana 3:3) Efektem była żywa rozmowa i pełna ognia wypowiedź Pana o sprawach najważniejszych – że On jest Mesjaszem, że musi umrzeć za grzechy świata i że uwierzenie w Niego jest warunkiem zbawienia. Nikodem nie spodziewał się z pewnością takiego obrotu spraw. Przyszedł na spokojną pogawędkę a otrzymał przesłanie ewangelii w pigułce, po której z pewnością nie mógł zasnąć. Jezus wiedział, że nie ma co tracić czasu na rozmowy o niczym, że naprawdę ważna, warta czasu i uwagi jest tylko kwestia zbawienia.
Taką postawę mojego Mistrza widzę także w innych sytuacjach. Kiedy przy studni spotkał Samarytankę i poprosił ją o wodę aż prosiło się by ponarzekać na upał, porozmawiać o Abrahamie, rozważyć kwestie różnic kulturowych i wyznaniowych (oczywiście z zachowaniem wzajemnego szacunku i poprawności politycznej). Ale nie! Odpowiadając jej Jezus, rzekł do niej: Gdybyś znała dar Boży i tego, który mówi do ciebie: Daj mi pić, wtedy sama prosiłabyś go, i dałby ci wody żywej. (Ewangelia Jana 4:10) Dalej mówił o tym jak należy czcić Boga i sobie – Mesjaszu.
Kiedy już po zmartwychwstaniu Jezus spotkał w drodze do Emaus dwóch swoich uczniów także nie tracił czasu na pogawędki o stanie dróg w Judei i kiepskiej jakości sandałów, produkowanych przez miejscowych szewców, które przecież zupełnie nie sprawdzają się na długich dystansach. Najpierw wysłuchał co też uczniowie zrozumieli z wydarzeń w czasie minionej Paschy. Usłyszał, że zrozumieli niewiele i prosto z mostu powiedział: O głupi i gnuśnego serca, by uwierzyć we wszystko, co powiedzieli prorocy. Czyż Chrystus nie musiał tego wycierpieć, by wejść do swojej chwały? I począwszy od Mojżesza poprzez wszystkich proroków wykładał im, co o nim było napisane we wszystkich Pismach. (Ewangelia Łukasza 24:25-27) Jezus sprawił, że wreszcie Go rozpoznali i zrozumieli WSZYSTKO.
Te trzy historie mają swój wspólny mianownik. Jezus rozmawiał wprost, przechodząc od razu do najważniejszych spraw. Jak wiele mnie to uczy! Często jako chrześcijanie kombinujemy, „budujemy relacje” by dopiero w „odpowiednim momencie” powiedzieć komuś, że jest coś takiego jak Dobra Nowina. Wcześniej tracimy mnóstwo czasu, energii i często nerwów, frustrując się sami swoim nieudolnym zachowaniem. Z czego to wynika? Można wymądrzać się o psychologii, konieczności zdobywania zaufania, budowania wspólnych płaszczyzn itp. Tylko po co? Obawiam się, że tak naprawdę przyczyną takich postaw jest niewiara. Niewiara w moc Słowa Bożego, niewiara w prowadzenie Ducha Świętego, wreszcie w to, że Bóg może posłużyć się każdym naszym nieudolnym zwiastowaniem, bo tu nie chodzi o nasze zdolności krasomówcze, intelekt i umiejętność właściwej argumentacji. Przecież upodobało się Bogu zbawić wierzących przez głupie zwiastowanie!(1 List apostoła Pawła do Koryntian 1:21).
Chrześcijanin to uczeń Chrystusa a jaki to uczeń, który nie uczy się od swego mistrza? Może najwyższy czas zacząć się uczyć także w tym wymiarze i przerwać w pół zdania następną rozmowę o niczym. Zamiast kombinować kiedy tu wtrącić słówko o ewangelii może po prostu zacząć o tym mówić. Tak konkretnie!

4 kwietnia 2016

Odległe rejony piekieł

Po obejrzeniu przed chwilą kolekcji obrazów Zdzisława Beksińskiego w ramach przygotowania się do napisania tego posta utwierdzam się w tym, że narodzenie na nowo to prawdziwe, bardzo adekwatne określenie samego Jezusa odnośnie tego, co dzieje się z człowiekiem, który naprawdę nawróci się całym sercem do Niego. Kiedyś fascynowałem się tym malarstwem, wydawało mi się wspaniałe, przede wszystkim dlatego, że różniło się od całej współczesnej sztuki i niosło z sobą jakąś zagadkę, metafizykę. Niemalże nazajutrz po moim nawróceniu albumy i reprodukcje Beksińskiego powędrowały na śmietnik.
W 2005 roku Zdzisław Beksiński został zamordowany w swoim warszawskim mieszkaniu. Media rozpisywały się wówczas nad klątwą ciążącą nad rodziną Beksińskich. Siedem lat wcześniej zmarła żona artysty, zaś rok po niej syn Tomasz (znany dziennikarz radiowy) po udanej próbie samobójczej (podejmował ich wiele począwszy od 16. roku życia).
Po tym jak Duch Święty przekonał mnie o tym, że muszę pozbyć się z mojego życia wszystkiego, co obraża Go i jest Mu przeciwne zrozumiałem od razu, że jedną z tych rzeczy są obrazy Beksińskiego. To czego dowiedziałem się potem o jego śmierci i jego rodzinie było dla mnie nie powodem do snucia sensacyjnych dywagacji ale prostym łańcuchem przyczynowo-skutkowym. Otwieranie się na „najdalsze rejony piekła” (określenie użyte przez artystę w jednym z wywiadów medialnych – później tłumaczone i prostowane, ale będące moim zdaniem czymś w rodzaju mimowolnego nazwania rzeczy po imieniu) nigdy nie pozostaje bez konsekwencji. W wydanych właśnie „Dziennikach” Beksiński pisze, że jego rodzina wymiera i że on sam „został na deser”. Deser dla kogo? Tego nie miał już odwagi określić. Malarz nigdy sam nie określił się ani jako agnostyk ani jako ateista choć jego postawa życiowa była wypadkową tych dwóch światopoglądów.
Książka przynosi też wstrząsający zapis nagrania rozmowy rodziców z kilkuletnim Tomkiem na temat obrazów taty. Maluch opowiada swoim dziecięcym językiem o tym co widzi (wystarczy samemu obejrzeć obrazy Zdzisława Beksińskiego, by wyobrazić sobie tę makabryczną wręcz scenkę), a czytelnik ma świadomość, że opowiada przecież o tym, wśród czego spędzał całe swe dzieciństwo i młodość.
Współczesny człowiek jeżeli już akceptuje fakt, że świat nie ogranicza się do „tu i teraz” to przyjmuje zazwyczaj koncepcję Boga zamkniętego w budynkach z wieżyczkami, opłatkach lub książkach. I już. Wara Bogu od mojego świata – mówi często dzisiejszy człowiek. Dlatego mówienie o świecie duchowym, diable i demonach to dla niego przykry nietakt, jakieś faux pas popełnione przez kogoś, kto „tkwi mentalnie w średniowieczu”.
Szczególnie Nowy Testament pozwala nam wejrzeć nieco w ten duchowy świat, który nas otacza. Jezus przez trzy lata nie tylko nauczał, głosił Dobrą Nowinę o zbawieniu, nie tylko uzdrawiał ale równie często wypędzał z opętanych złe duchy. Chyba najbardziej spektakularnym (i tajemniczym) wydarzeniem, opisanym w trzech ewangeliach, jest wypędzenie legionu demonów z pewnego człowieka: I wołając wielkim głosem, rzekł: Co ja mam z tobą, Jezusie, Synu Boga Najwyższego? Zaklinam cię na Boga, żebyś mię nie dręczył. Albowiem powiedział mu: Wyjdź, duchu nieczysty, z tego człowieka! I zapytał go: Jak ci na imię? Odpowiedział mu: Na imię mi Legion, gdyż jest nas wielu. I prosił go usilnie, aby ich nie wyganiał z tej krainy. A pasło się tam, u podnóża góry, duże stado świń. I prosiły go duchy, mówiąc: Poślij nas w te świnie, abyśmy w nie wejść mogli. I pozwolił im. Wtedy wyszły duchy nieczyste i weszły w świnie; i rzuciło się to stado ze stromego zbocza do morza, a było ich około dwóch tysięcy, i utonęło w morzu. [Ewangelia Marka 5:7-13] Jak to możliwe, że w jednym człowieku było aż 2000 duchów nieczystych? Dlaczego nie chciały odejść stamtąd? Dlaczego spowodowały, że świnie rzuciły się do jeziora? To pytania z gatunku tych średniowiecznych właśnie, kiedy próbowano określić ile aniołów zmieści się na czubku szpilki. Kiedyś poznam odpowiedzi na te pytania, dzisiaj to co czytam powinno być dla mnie tylko przestrogą.
Bądźcie trzeźwi, czuwajcie! Przeciwnik wasz, diabeł, chodzi wokoło jak lew ryczący, szukając kogo by pochłonąć. Przeciwstawcie mu się, mocni w wierze - pisał apostoł Piotr [1 list Piotra 5:8-9]. Apostoł Paweł przestrzega z kolei: Przywdziejcie całą zbroję Bożą, abyście mogli ostać się przed zasadzkami diabelskimi. Gdyż bój toczymy nie z krwią i z ciałem, lecz z nadziemskimi władzami, ze zwierzchnościami, z władcami tego świata ciemności, ze złymi duchami w okręgach niebieskich. Dlatego weźcie całą zbroję Bożą, abyście mogli stawić opór w dniu złym i, dokonawszy wszystkiego, ostać się. [list do Efezjan 6:11-13]
Nie wiem ile demonów było w znanym artyście, nie wiem czy w ogóle były. Nie spotkałem go nigdy osobiście, nie wiem. I nie o to tu chodzi. Wiem, że nie był mocny w wierze by przeciwstawić się, że nie zakładał zbroi Bożej - bo sam o tym zaświadczał. Myślę jednak, że jego przykład i zastanowienie się nad życiem jego i jego rodziny może być doskonałą okazją do refleksji nad tym tematem.

12 lutego 2016

Syndrom rajskiej wyspy

Złocista plaża, lekki szum wiatru w gałęziach palm, niewiarygodnie lazurowe morze… – o tak, chcę tutaj zostać… – pewnie niewielu przytrafiło się być w takich pięknych okolicznościach przyrody, natomiast prawie wszystkim zapewne przydarzyło się kiedyś wypowiedzieć takie słowa. O zachodzie słońca nad cichym jeziorem, gdzieś na dzikiej bałtyckiej plaży, na samotnym górskim szczycie, gdzieś jeszcze, gdzie pięknie i spokojnie.
Tęsknimy za takimi miejscami, wydaje się nam, że jesteśmy stworzeni by przebywać właśnie tam, by tak spędzać czas – w spokoju, ciszy, otaczającym pięknie, u boku tych, których kochamy. Ta tęsknota jest przecież Bożym echem w naszych sercach, tęsknimy za pokojem, niczym nie zmąconą radością, miłością, której nic nie może zakłócić. Tak naprawdę tęsknimy za Bogiem, za rajem, w tak niedoskonały i ułomny sposób objawiającym się nam czasami w jakichś zakątkach świata.
Ostatnio myślałem o tym, jak sam kiedyś wypowiadałem wspomniane już słowa. Jezus nie był wtedy moim Panem, żyłem tylko po to by zaspokajać siebie i swój egoizm. A w tym momencie moją zachcianką było pozostać już na zawsze w jakimś Pięknym Miejscu i mieć święty spokój. JA CHCIAŁEM tego i liczył się MÓJ święty spokój.
Wtedy nie znałem jeszcze słów Jezusa, skierowanych do uczniów: Idąc na cały świat, głoście ewangelię wszystkiemu stworzeniu. [Ewangelia Marka 18:15]. Jak miałbym je zrealizować, gdybym pozostał na przysłowiowej rajskiej plaży? Dzisiaj nie wyobrażam sobie już żebym mógł je wypowiedzieć. Byłyby jawną deklaracją nieposłuszeństwa wobec tego, którego uznaję za Mistrza i Pana.
To oczywiste, że potrzebujemy odpoczynku. Nie da się stale funkcjonować na wysokich obrotach, w stresie i zgiełku codzienności. Czasami trzeba po prostu odpocząć. Ale odpoczynek nie może być ucieczką, na pewno nie dla chrześcijanina. Dla chrześcijanina to przede wszystkim Bóg jest ucieczką i siłą (…), Pomocą w utrapieniach najpewniejszą. [Psalm 46:2]; Jedynie w Bogu jest uciszenie duszy mojej, Bo w nim pokładam nadzieję moją! [Psalm 62:2]
Jezus powiedział słowa, których prawdziwość wbrew wszelkiej logice i „racjonalnemu myśleniu” sprawdza się w życiu chrześcijanina: Pójdźcie do mnie wszyscy, którzy jesteście spracowani i obciążeni, a Ja wam dam ukojenie [Ewangelia Mateusza 11:28, Biblia Warszawska]. W innych przekładach – odpocznienie, wytchnienie, pokrzepię was.
Zostając na rajskiej plaży „na zawsze” musiałbym skonfrontować się także ze słowami Jezusa kto nie bierze krzyża swego, a idzie za mną, nie jest mnie godzien. Kto stara się zachować życie swoje, straci je, a kto straci życie swoje dla mnie, znajdzie je. [Mateusza 10:38–39] A przecież po to chciałbym tam zostać, by już więcej nie musieć brać na siebie krzyża i ocalić swoje życie przed wszystkimi trudami.
Niewesoło zaczyna wyglądać ten „rajski” krajobraz. Wszystko wskazuje na to, że zostałbym tam nie „na zawsze” ale może do śmierci. Dalej o rajskim krajobrazie nie ma chyba co marzyć, wszystko wskazuje na to, że wręcz przeciwnie…
Tak naprawdę opisana sytuacja, z pozoru wręcz niewinna jest sprawdzianem wiary. Albo egoizm albo posłuszeństwo. Albo moje JA, albo zapieranie się go, niesienie ewangelii i krzyża. Albo „rajska wyspa” albo Raj.

7 lutego 2016

Wybrukowane piekło

Postać Piłata intrygowała mnie od dawna. Pamiętam, że już w pierwszych klasach podstawówki podczas świątecznych jasełek zastanawiało mnie jego umywanie rąk i próby obrony Jezusa przed Żydami. Budził wtedy moją sympatię, podsycaną w pewien sposób przez siostrę zakonną uczącą nas religii. Potem przez wiele lat zarówno Piłat jak i sam Jezus nie pochłaniali moich myśli.
Dopiero kiedy zacząłem czytać Słowo Boże Jezus stał się dla mnie żywy i zrozumiałem, że taki jest naprawdę. Postać Piłata jak i wszystkie inne towarzyszące w ten czy inny sposób Jezusowi w drodze na krzyż nabrały nowych wymiarów. Namiestnik Judei przestał też być postacią budzącą sympatię. Niedawno napotkałem na wyniki pewnej ankiety socjologicznej, w której pytano Polaków o stosunek do postaci Nowego Testamentu. Piłat zebrał chyba największy odsetek sympatyków, nie zabrakło też takich, którzy deklarowali pewność tego, że trafił do nieba.
Ja przestałem być fanem Piłata wraz z nawróceniem. Zrozumiałem, że Piłat jest postacią tragiczną, reprezentującą większość ludzkości, mającą gdzieś w głębi duszy pokłady dobra, które niestety nie ma szans na przybranie realnych kształtów w działaniu.
Piłat był zaintrygowany Jezusem, niepokoiły go Jego słowa. Oczywiście nie uwierzył, że Jezus był Synem Bożym, ale rozumiał, że „coś jest na rzeczy” i bezpieczniej będzie dać sobie z Nim spokój. Odtąd Piłat starał się wypuścić go, ale Żydzi krzyczeli głośno: Jeśli tego wypuścisz, nie jesteś przyjacielem cesarza; każdy bowiem, który się królem czyni, sprzeciwia się cesarzowi. Piłat tedy, usłyszawszy te słowa, wyprowadził Jezusa na zewnątrz i zasiadł na krześle sędziowskim, na miejscu, zwanym Kamienny Bruk, a po hebrajsku Gabbata. [Ewangelia Jana 18:12–13] No właśnie, wszystkiemu winne te niepotrzebne komplikacje i naciski. Podejrzewam, że gdyby władza Piłata była rozleglejsza uwolniłby Jezusa. Ale musiał liczyć się ze swoimi zwierzchnikami a Żydzi go tą podległością sprytnie szantażowali. Jak byłoby cudownie prosto gdyby cesarza nie było. Wtedy cała sprawa mogłaby skończyć się na tych słowach: Piłat zaś rzekł do arcykapłanów i do tłumów: Żadnej winy w tym człowieku nie znajduję. [Ewangelia Łukasza 23:4]
Ale się nie skończyła. Dlaczego? Przede wszystkim dlatego, że Jezus musiał umrzeć dla naszego zbawienia. Wierzę też, że Piłat miał w boskim planie do odegrania bardzo ważną rolę. Dzisiaj na jego przykładzie możemy się bardzo wiele nauczyć. Tego jak wielką siłą jest strach przed utratą władzy, prestiżu, stanowiska, pieniędzy, uznania, świętego spokoju… To niesamowite jak te wszystkie rzeczy przeważają, choćby na przeciwnej szali wagi znalazło się czyjeś życie. Ale tak naprawdę na wadze znajduje się z jednej strony to co NASZE, z drugiej to co CUDZE. NASZE zawsze jest ważniejsze, przeważa.
Piłat obmył ręce w rytualnym geście i zapewne pragnął już żeby ten dzień się skończył. Jutro zapomni o Judejczyku, wieczorem napije się dobrego wina, każe sobie zrobić masaż. Ale czy zapomniał? Nie sądzę, tak naprawdę Piłat był wrażliwym, ale i słabym człowiekiem. Miał dobre chęci, te, którymi wybrukowane jest piekło. Jego piekło zaczęło się tego dnia, sumienie nie dało mu już zapewne spokoju.
Jezus umarł także po to by ci, którzy w Niego uwierzą i zostaną obdarowani Duchem Świętym już nie musieli zasłaniać się dobrymi chęciami. On daje moc stanięcia po właściwej stronie, dokonania właściwej oceny ciężaru szal na wadze. Od tej chwili dla każdego chrześcijanina jasne jest, że dobro bliźniego zawsze przeważa. Że wybieramy Jezusa.

23 stycznia 2016

Zabiegi okulistyczne

Co jakiś czas dobiega mnie z internetowych forów, mediów społecznościowych, rzadziej pojawiający się w dyskusjach prowadzonych „na żywo” dramatyczny okrzyk „Nie sądźcie!”. Rzadziej, bo jestem świadkiem czy uczestniczę niemal wyłącznie w dyskusjach chrześcijan, znających Słowo Boże i wiedzących o tym, że sądzić (a właściwie rozsądzać) mamy jako chrześcijanie wręcz obowiązek.
Ci, dla których ostatecznym argumentem w dyskusjach jest przywołanie słów Jezusa, wzywającego by nie sądzić, często przywołują następny fragment o konieczności wyjęcia belki z własnego oka. Przeważnie cytują też tę wypowiedź „z pamięci” czyli tak jak im się wydaje, że brzmi (tzn. jak powinna brzmieć według nich). A powinna brzmieć tak: nie wolno nikogo osądzać, bo ten kto osądza dowodzi tym samym, że w jego oku tkwi belka, nie pozwalająca mu trafnie ocenić sytuacji. Czyżbym Tylko ja spotykał się najczęściej z taką interpretacją? Nie sądzę.
A co naprawdę powiedział Jezus? Niedawno ponownie wczytałem się w te słowa i przyznam, że poczułem się jakbym czytał je po raz pierwszy. Czy tak wielkie oddziaływanie mają na nas stereotypy, powtarzane do znudzenia? A może raczej to Słowo Boże ma moc ciągłego przemawiania na nowo do serc tych, którzy szukają w Nim prawdy?
Jezus powiedział zatem: Nie sądźcie, abyście nie byli sądzeni. Albowiem jakim sądem sądzicie, takim was osądzą, i jaką miarą mierzycie, taką i wam odmierzą. A czemu widzisz źdźbło w oku brata swego, a belki w oku swoim nie dostrzegasz? Albo jak powiesz bratu swemu: Pozwól, że wyjmę źdźbło z oka twego, a oto belka jest w oku twoim?, ale zaraz dodał Obłudniku, wyjmij najpierw belkę z oka swego, a wtedy przejrzysz, aby wyjąć źdźbło z oka brata swego - Ewangelia Mateusza 7:1-5.
Nasz Pan nie nakazał swoim uczniom poprawnego politycznie unikania niewygodnych tematów. Nie wzywał do przymykania oczu na błędy i niewłaściwe patrzenie na świat (to jest skutkiem owego źdźbła w oku). Cały sens Jego nauczania polegał na właściwej kolejności postępowania. Najpierw powinniśmy zbadać siebie i sprawdzić, czy my sami nie mamy czasem spojrzenia skażonego jakimś błędem, jakimś „obcym ciałem”. Operacja wyjmowania takiego obiekty z czyjegoś oka, podczas gdy sam przeprowadzający zabieg ma spore kłopoty z widzeniem, może skończyć się tragicznie. Oczywiście Jezus mówił o wierze, o patrzeniu na sprawy duchowe a nie o wyrokowaniu czy zbiera się na deszcz.
Jak zbadać czy sami nie mamy w oku belki, uniemożliwiającej nam właściwe patrzenie na sprawy duchowe? Jeżeli chcemy wyjąć sobie z oka jakieś obce ciało to albo prosimy o pomoc kogoś bliskiego, do którego mam pełne zaufanie albo siadamy przed lustrem. Bracia i siostry, ci, o których wiemy, że chodzą na co dzień z Bogiem są dla nas niezawodną pomocą w identyfikowaniu naszych błędów i wiemy, że zawsze zrobią to z miłością. Ale musimy także usiąść przed lustrem Słowa Bożego, przejrzeć się w nim, zbadać naszą kondycję. Jeżeli jest OK to teraz najwyższy czas pomóc bratu, któremu do oka wpadło źdźbło. I nie wolno zwlekać.

12 grudnia 2015

Nieposłuszeństwo?

Niedawno ponownie zastanowiła mnie postawa Józefa, gdy dowiedział się o tym, że jego narzeczona spodziewa się dziecka. Pobożny Żyd, a takim z pewnością był Józef, powinien kierować się we wszystkim Prawem objawionym Mojżeszowi, stosując się bezwzględnie do spisanych przez niego zasad. W tym kontekście sytuacja była jasna – było oczywiste (w ludzkim rozumieniu i doświadczeniu), że Maria nie była dziewicą i skutek mógł być tylko jeden – ukamienowanie dziewczyny przy drzwiach domu jej ojca (patrz 5 Księga Mojżeszowa rozdz. 22). W rozumieniu Prawa tak powinien postąpić sprawiedliwy, wierny wyznawca Jahwe, wypełniający Słowo, wierzący, że jest Ono jedynym, najlepszym nakazem Boga.
No tak, ale dlaczego w takim razie w Ewangelii Mateusza [1:19] czytamy: Józef, mąż jej, ponieważ był człowiekiem prawym (będąc sprawiedliwym – Biblia Warszawska) i nie chciał jej zniesławiać publicznie, postanowił oddalić ją od siebie po kryjomu. (Biblia Tysiąclecia). Prawy, sprawiedliwy Żyd i nie stosuje się do Prawa?? Jak to pogodzić?
Podobną sytuację widzimy w Ewangelii Jana. Tym razem bierze w niej udział sam Jezus. Potem uczeni w Piśmie i faryzeusze przyprowadzili kobietę przyłapaną na cudzołóstwie, postawili ją pośrodku i rzekli do niego: Nauczycielu, tę oto kobietę przyłapano na jawnym cudzołóstwie. A Mojżesz w zakonie kazał nam takie kamienować. Ty zaś co mówisz? A to mówili, kusząc go, by mieć powód do oskarżenia go. [Ewangelia Jana 8:3–6] Prawo było nienaruszalne a sytuacja oczywista. A jednak Jezus postąpił w sposób, który znamy pewnie wszyscy – odwołał się do sumień oskarżycieli. A potem podniósłszy się i nie widząc nikogo, tylko kobietę, rzekł jej: Kobieto! Gdzież są ci, co cię oskarżali? Nikt cię nie potępił? A ona odpowiedziała: Nikt, Panie! Wtedy rzekł Jezus: I Ja cię nie potępiam: Idź i odtąd już nie grzesz. [Ewangelia Jana 8:10–11] Oczywiście kluczowe jest tu ostatnie wezwanie Jezusa, tak chętnie pomijane przez zwolenników patrzenia na Pana, który „nie oceniał” ale to inny temat.
Jan nie kończy jednak na tym tej historii, choć tak zwykliśmy sądzić. Następne zdanie sugeruje, że Jezus nie zakończył tu swojej wypowiedzi, ale zwrócił się zaraz potem do tych, którzy przyprowadzili do niego kobietę: A Jezus znowu przemówił do nich tymi słowy: Ja jestem światłością świata; kto idzie za mną, nie będzie chodził w ciemności, ale będzie miał światłość żywota. Dzisiaj odczytałem tę historię na nowo w taki właśnie sposób i wydaje mi się, że wyjaśnia to nie tylko tę sytuację ale także sposób zachowania Józefa trzydzieści lat wcześniej.
Ten kto chodzi w ciemności musi zdawać się na przewodnika (jeżeli ma szczęście go znaleźć). Takim przewodnikiem było Prawo. Zanim zaś przyszła wiara, byliśmy wspólnie zamknięci i trzymani pod strażą zakonu, dopóki wiara nie została objawiona. Tak więc zakon był naszym przewodnikiem do Chrystusa, abyśmy z wiary zostali usprawiedliwieni. A gdy przyszła wiara, już nie jesteśmy pod opieką przewodnika. [List Pawła do Galacjan 3:23–25]
A kiedy On, Duch prawdy, przyjdzie, będzie waszym przewodnikiem w drodze do pełnej prawdy. [Ewangelia Jana 16:13 – Biblia Poznańska] Dzięki Bogu za Ducha Świętego, który pokierował Józefem w jego decyzji.
Zachowanie Józefa i postawa Jezusa, pozornie przeciwne woli Bożej (w rozumieniu czcicieli litery, nie ducha) każą mi dzisiaj zastanowić się nad zachowaniem wielu gorliwych chrześcijan tak łatwo radykalnie osądzających innych i bezbłędnie przywołujących wtedy adekwatne wersety ze Słowa Bożego. Jakiego Przewodnika mają?