14 sierpnia 2016

Ckliwy Jezus

Często mamy w głowie taki ckliwy obraz Jezusa, w każdej sytuacji pokornego, służącego, delikatnego, zawsze wychodzącego naprzeciw potrzebującym. To prawda, w wielu sytuacjach taki obraz potwierdza Biblia. On sam powiedział o sobie jestem cichy i pokornego serca [Ewangelia Mateusza 11:29]. W wielu przypadkach, co nie oznacza, że taki obraz Syna Bożego jest właściwy i pełny.
Przy drodze prowadzącej z Jerycha siedział pewien niewidomy żebrak kiedy przechodził tamtędy Jezus ze swoimi uczniami i „mnóstwem ludu” czy też „sporym tłumem” jak obrazowo oddaje to przekład Ewangelicznego Instytutu Biblijnego [cała ta opowieść w Ewangelii Marka 10:46-52]. Nic dziwnego, wszak Jezus dokonał już wtedy sporo cudów, wliczając to nakarmienie czterech tysięcy mężczyzn siedmioma bochenkami chleba.
„Ckliwy” Jezus na pewno od razu po spostrzeżeniu tego biednego człowieka podbiegłby do niego i czym prędzej go uzdrowił. Ale prawdziwy Jezus tak nie postąpił. Nie dość, że Bartymeusz musiał sporo nawytężać gardło by być usłyszanym przez Mistrza to jeszcze (o zgrozo!) Jezus kazał zawołać biedaka do siebie. No jak można tak traktować kalekę! Na dodatek Jezus spytał go czego od Niego oczekuje, tak jakby trudno było się tego domyśleć.
Dlaczego Jezus tak postąpił? Zwolennik „ckliwego” Jezusa raczej nie zadaje sobie takich pytań. Ale warto, warto dokopywać się coraz głębszych sensów Słowa Bożego. Myślę, że Jezus chciał sprawdzić determinację Bartymeusza - czy on naprawdę, za wszelką cenę chce dostać się do Jezusa, czy tylko traktuje Go jako kolejną „szansę” pojawiającą się na drodze. Wszak takich „szans” na pokaźny datek, poczęstunek czy np. nowy płaszcz pewnie w zasięgu Bartymeusza na „jego” drodze pojawiało się trochę. Pewnie też co jakiś czas pojawiali się jacyś wędrowni rzekomi magowie i cudotwórcy, których w Izraelu było sporo (jak chociażby zaświadcza nam Słowo Boże). Jeszcze jeden człowiek, od którego może można coś zyskać – nie zaszkodzi zawołać… Tak mógł przecież myśleć Bartymeusz.
Jezus sprawdził tę motywację i determinację Bartymeusza. Sprawdził w ten sposób także jego wiarę. Gdyby jej nie było niewidomy raczej nie podjąłby ryzyka przedzierania się przez „spory tłum” do Jezusa.
Wydaje się, że pytanie „co chcesz żebym Ci uczynił?” to tylko zbyteczna formalność. Ale wszystko co robił Jezus miało swój wyraźny cel. Tak też było i w tym przypadku. Bartymeusz musiał wyraźnie sformułować swoje oczekiwania w stosunku do Jezusa, musiał wypowiedzieć deklarację, że wierzy w to, że Jezus może przywrócić mu wzrok.
Bartymeusz zdał celująco egzamin, jakiemu poddał go Uzdrowiciel. A jak takie egzaminy (nie muszą one przecież polegać na przywracaniu wzroku) zdaję ja? Czy w głębi duszy nie jestem zwolennikiem „ckliwego” Jezusa, który szybko podbiegnie i zaspokoi każdą moją potrzebę? Na ile wobec „sporego tłumu” jestem w stanie wykazać się determinacją w przedzieraniu się do Jezusa i wypowiedzieć publicznie słowa wiary w to, że On może sprawić każdy cud?
Obawiam się, że „ckliwy Jezus” ma coraz więcej zwolenników. Wszak w tym wydaniu to On działa, my nic nie musimy.

12 czerwca 2016

Dzikie zwierzęta?!

Od kiedy tylko po raz pierwszy sięgnąłem po Księgę Objawienia zawsze wprawiało mnie w lekkie zakłopotanie proroctwo związane z plagami towarzyszącymi złamaniu czwartej pieczęci: A gdy zdjął czwartą pieczęć, usłyszałem głos czwartej postaci, która mówiła: Chodź! I widziałem, a oto siwy koń, a temu, który na nim siedział, było na imię Śmierć, a piekło szło za nim; i dano im władzę nad czwartą częścią ziemi, by zabijali mieczem i głodem, i morem, i przez dzikie zwierzęta ziemi. [Objawienie 6:7-8]
Głód, wojny i zarazy – no OK, ale jakie dzikie zwierzęta?! – mówiłem sobie. Dzikie zwierzęta mieszkają może gdzieś w Afryce albo głęboko w tajdze, ale przecież trudno sobie wyobrazić by nagle atakowały mieszkańców np. Polski, bo tu ich przecież po prostu nie ma. Te kilka watah wilków w Bieszczadach i parę niedźwiedzi w Tatrach – no przepraszam bardzo… - argumentowałem sobie w myślach ładnych kilka lat temu. Biorąc pod uwagę dramatyczne doniesienia ekologów o ginących w tempie ekspresowym gatunkach mogłem wówczas podejrzewać, że ta tendencja nie tylko się utrzyma ale już niebawem jakiekolwiek „dzikie” zwierzęta będziemy mogli oglądać wyłącznie w zoo.
Od tego czasu sporo się jednak pozmieniało. Jak pamiętam pierwszym zdarzeniem, które mnie wręcz zaszokowało był przymusowy postój w korku w Sopocie, wywołany przemieszczającym się jedną z ulic stadem dzików. Od tamtej pory dziki czy łosie zaczęły być wręcz elementem krajobrazu wielu polskich miast. W kilku miastach wcale nie tak znowu drapieżne ptaki coraz powszechniej atakują przechodniów. W ubiegłym roku przeczytałem o drzewach w ścisłym centrum Gdańska, pościnanych w biały dzień przez bobry (jak uczono mnie na lekcjach biologii zwierzęta prowadzące nocny tryb życia i niezwykle płochliwe). A ostatnio chodząc rano do pracy na gdańskiej starówce regularnie mijam lisa biegnącego ulicą. Żeby wykroczyć poza granice Polski – zapewne wielu czytelników tego posta oglądało filmiki ukazujące niedźwiedzie penetrujące miejskie śmietniki gdzieś na Alasce czy w Rosji albo włamujące się do sklepów spożywczych. Pewnie można by wymieniać wiele podobnych przykładów.
Co będzie dalej? Rolnicy domagają się większych odszkodowań za uprawy niszczone im coraz powszechniej przez dziki, co bardziej zdeterminowani leśnicy po cichu trzebią bobry, których wzrastające populacje niszczą lasy, a których legalny odstrzał jest wręcz ponoć niemożliwy ze względów formalnych, coraz częściej mówi się o konieczności przywrócenia polowań na wilki, spotykane już w lasach w całej Polsce.
Chodzi mi o zwrócenie uwagi na skalę i tempo zmiany jak dokonała się w zachowaniu tych zwierząt, może nie zawsze „dzikich” w sensie ich zachowań wobec człowieka ale z pewnością przynależących do „dzikich”, nie udomowionych gatunków. Ta zmiana dokonała się w przeciągu ostatnich kilku lat, za mojej młodości opisywane wyżej przypadki były wręcz nie do wyobrażenia choć zapewne obiektywny stopień „dzikości” przyrody był wtedy o wiele większy niż dziś.
Jak to będzie wyglądało za kolejne kilka lat? Nie zamierzam być prorokiem i wieścić, że za chwilę będziemy musieli bronić się przed stadami agresywnych wiewiórek w miejskich parkach czy uciekać przez krwiożerczymi jeżami w czasie wieczornych spacerów. Zmiany, jakie zaszły w ciągu zaledwie kilku lat, dla mnie są jednak wręcz irracjonalne. Pokazują mi one jak ograniczone jest moje patrzenie i prognozowanie rzeczywistości, jak bezsensowne jest ocenianie „prawdopodobieństwa” biblijnych proroctw przez ludzki maluczki umysł. 
Dziś już nie uznaję, że są jakiekolwiek proroctwa w Słowie Bożym, które nie mają szans się spełnić. Jakiś czas temu jeden z braci w moim zborze opowiadał o biblijnym proroctwie dotyczącym zniszczenia Tyru. To starożytne miasto położone na wyspie, połączonej z lądem jedynie wąską groblą uchodziło za twierdzę nie do zdobycia i nikt sobie nie wyobrażał takiego obrotu spraw, choć biblijne proroctwo głosiło inaczej. Aż przyszedł ktoś, kto wbrew wszelkiemu prawdopodobieństwu zdobył miasto i obrócił je w kupę kamieni. Od tamtego czasu rybacy suszą tam swoje sieci. Zgodnie z przepowiednią Słowa Bożego.
Dlatego tak powiedz im: Tak mówi Wszechmocny Pan: żadne słowo, które Ja wypowiadam, już się nie odwlecze; słowo, które Ja wypowiadam, spełni się - mówi Wszechmocny Pan. [Księga Ezechiela 12:28]
Pójdźcie i zobaczcie dzieła Pana, który czyni dziwne rzeczy na ziemi! [Psalm 46:9]

26 maja 2016

Inny pokarm

Dziś ponownie czytałem historię o spotkaniu Jezusa i Samarytanki przy studni. Zadziwia mnie wciąż na nowo ile treści niesie ta lakonicznie opowiedziana przez ewangelistą opowieść.
Jezus był sam, uczniowie udali się w tym czasie na zakupy. Wrócili już po skończonej rozmowie i prosili go, mówiąc: Mistrzu, jedz! Ale On rzekł do nich: Ja mam pokarm do jedzenia, o którym wy nie wiecie. Wtedy uczniowie mówili między sobą: Czy kto przyniósł mu jeść? Jezus rzekł do nich: Moim pokarmem jest pełnić wolę tego, który mnie posłał, i dokonać jego dzieła. [Ewangelia Jana 4:31-34]
Mistrz nie wyjaśnił dokładnie uczniom co miał na myśli, a przypominając sobie ich wątpliwości po o wiele oczywistszych wypowiedziach Jezusa mamy prawo podejrzewać, że niewiele z tego zrozumieli. Rozwinął za to myśl o pełnieniu woli Ojca - Już żniwiarz odbiera zapłatę i zbiera plon na żywot wieczny, aby siewca i żniwiarz wspólnie się radowali. W tym właśnie sprawdza się przysłowie: Inny sieje, a inny żnie. Ja posłałem was żąć to, nad czym wy nie trudziliście się; inni się trudzili, a wy zebraliście plon ich pracy. [4:36-37] Nie sądzę by uczniom to pomogło, tak samo jak mnie nie pomagało. Oczywiście Jezus ponad wszystko chciał pełnić wolę swego Ojca, to przecież oczywiste, wiemy to z Biblii – tłumaczyłem sobie. Jednak dzisiaj zrozumiałem, dlaczego Jezus zrobił to porównanie do jedzenia, zaspokajającego głód.
Myślę, że wielu czytelników tego posta „zapominało o Bożym świecie” robiąc coś pasjonującego, uznawanego za bardzo ważne, mogące przynieść wspaniałe rezultaty. W takich sytuacjach zapomina się o głodzie, zmęczeniu, potrzebie snu. Ważniejszy, najważniejszy jest efekt działania, które prowadzimy. Jest inny pokarm. Najważniejsze jest żniwo.
Oczywiście istoty tego pokarmu, o którym mówił Jezus nie można tłumaczyć naszymi emocjami w służbie, adrenaliną itp. Mamy tu do czynienia z rzeczywistością duchową. W kontekście słów wypowiedzianych przez Jezusa po rozmowie z Samarytanką warto przypomnieć sobie inną Jego wypowiedź: Albowiem ciało moje jest prawdziwym pokarmem, a krew moja jest prawdziwym napojem. Kto spożywa ciało moje i pije krew moją, we mnie mieszka, a Ja w nim. Jak mię posłał Ojciec, który żyje, a Ja przez Ojca żyję, tak i ten, kto mnie spożywa, żyć będzie przeze mnie. [Ewangelia Jana 6:55-57]
Takie proste. 

2 maja 2016

A tak konkretnie?

Kiedy Nikodem przyszedł na nocną rozmowę do Jezusa rozpoczął bardzo grzecznie i kurtuazyjnie: Mistrzu! Wiemy, że przyszedłeś od Boga jako nauczyciel; nikt bowiem takich cudów czynić by nie mógł, jakie Ty czynisz, jeśliby Bóg z nim nie był. (Ewangelia Jana 3:2). Taka postawa pełna (udawanego?) szacunku, taki miły wstępik do rozmowy. Jakie były intencje Nikodema, po co przyszedł do Jezusa? Czy był wysłanym przez faryzeuszy szpiegiem, mającym chytrze podejść Jezusa i uzyskać w „szczerej” rozmowie w cztery oczy to co nie udawało im się publicznie? A może rzeczywiście był zaintrygowany postacią Jezusa i Jego naukami i przyszedł nocą by jego towarzysze nie dowiedzieli się o tym? Tego nie dowiemy się (tutaj).
Oczywiście rozmowa mogła potoczyć się w tonie zainicjowanym przez Nikodema, Jezus mógł odwzajemnić się mu komplementami i dowodami uznania, potem zaprosiłby go do stołu, porozmawialiby trochę o problemach z Rzymianami, o tym, że ciągle brak funduszy na ostateczne wykończenie świątyni i w końcu przejść do spraw zasadniczych czyli do rozmów o Torze. Czy naprawdę tak mogło być? Nie, na szczęście nie! Biblia pokazuje mi, że nasz Pan nie bawił się w kurtuazyjne rozmowy „o pogodzie”.
Pomijając grzeczny wstęp Nikodema Jezus od razu przeszedł do rzeczy. Odpowiadając Jezus, rzekł mu: Zaprawdę, zaprawdę, powiadam ci, jeśli się kto nie narodzi na nowo, nie może ujrzeć Królestwa Bożego. (Ewangelia Jana 3:3) Efektem była żywa rozmowa i pełna ognia wypowiedź Pana o sprawach najważniejszych – że On jest Mesjaszem, że musi umrzeć za grzechy świata i że uwierzenie w Niego jest warunkiem zbawienia. Nikodem nie spodziewał się z pewnością takiego obrotu spraw. Przyszedł na spokojną pogawędkę a otrzymał przesłanie ewangelii w pigułce, po której z pewnością nie mógł zasnąć. Jezus wiedział, że nie ma co tracić czasu na rozmowy o niczym, że naprawdę ważna, warta czasu i uwagi jest tylko kwestia zbawienia.
Taką postawę mojego Mistrza widzę także w innych sytuacjach. Kiedy przy studni spotkał Samarytankę i poprosił ją o wodę aż prosiło się by ponarzekać na upał, porozmawiać o Abrahamie, rozważyć kwestie różnic kulturowych i wyznaniowych (oczywiście z zachowaniem wzajemnego szacunku i poprawności politycznej). Ale nie! Odpowiadając jej Jezus, rzekł do niej: Gdybyś znała dar Boży i tego, który mówi do ciebie: Daj mi pić, wtedy sama prosiłabyś go, i dałby ci wody żywej. (Ewangelia Jana 4:10) Dalej mówił o tym jak należy czcić Boga i sobie – Mesjaszu.
Kiedy już po zmartwychwstaniu Jezus spotkał w drodze do Emaus dwóch swoich uczniów także nie tracił czasu na pogawędki o stanie dróg w Judei i kiepskiej jakości sandałów, produkowanych przez miejscowych szewców, które przecież zupełnie nie sprawdzają się na długich dystansach. Najpierw wysłuchał co też uczniowie zrozumieli z wydarzeń w czasie minionej Paschy. Usłyszał, że zrozumieli niewiele i prosto z mostu powiedział: O głupi i gnuśnego serca, by uwierzyć we wszystko, co powiedzieli prorocy. Czyż Chrystus nie musiał tego wycierpieć, by wejść do swojej chwały? I począwszy od Mojżesza poprzez wszystkich proroków wykładał im, co o nim było napisane we wszystkich Pismach. (Ewangelia Łukasza 24:25-27) Jezus sprawił, że wreszcie Go rozpoznali i zrozumieli WSZYSTKO.
Te trzy historie mają swój wspólny mianownik. Jezus rozmawiał wprost, przechodząc od razu do najważniejszych spraw. Jak wiele mnie to uczy! Często jako chrześcijanie kombinujemy, „budujemy relacje” by dopiero w „odpowiednim momencie” powiedzieć komuś, że jest coś takiego jak Dobra Nowina. Wcześniej tracimy mnóstwo czasu, energii i często nerwów, frustrując się sami swoim nieudolnym zachowaniem. Z czego to wynika? Można wymądrzać się o psychologii, konieczności zdobywania zaufania, budowania wspólnych płaszczyzn itp. Tylko po co? Obawiam się, że tak naprawdę przyczyną takich postaw jest niewiara. Niewiara w moc Słowa Bożego, niewiara w prowadzenie Ducha Świętego, wreszcie w to, że Bóg może posłużyć się każdym naszym nieudolnym zwiastowaniem, bo tu nie chodzi o nasze zdolności krasomówcze, intelekt i umiejętność właściwej argumentacji. Przecież upodobało się Bogu zbawić wierzących przez głupie zwiastowanie!(1 List apostoła Pawła do Koryntian 1:21).
Chrześcijanin to uczeń Chrystusa a jaki to uczeń, który nie uczy się od swego mistrza? Może najwyższy czas zacząć się uczyć także w tym wymiarze i przerwać w pół zdania następną rozmowę o niczym. Zamiast kombinować kiedy tu wtrącić słówko o ewangelii może po prostu zacząć o tym mówić. Tak konkretnie!

4 kwietnia 2016

Odległe rejony piekieł

Po obejrzeniu przed chwilą kolekcji obrazów Zdzisława Beksińskiego w ramach przygotowania się do napisania tego posta utwierdzam się w tym, że narodzenie na nowo to prawdziwe, bardzo adekwatne określenie samego Jezusa odnośnie tego, co dzieje się z człowiekiem, który naprawdę nawróci się całym sercem do Niego. Kiedyś fascynowałem się tym malarstwem, wydawało mi się wspaniałe, przede wszystkim dlatego, że różniło się od całej współczesnej sztuki i niosło z sobą jakąś zagadkę, metafizykę. Niemalże nazajutrz po moim nawróceniu albumy i reprodukcje Beksińskiego powędrowały na śmietnik.
W 2005 roku Zdzisław Beksiński został zamordowany w swoim warszawskim mieszkaniu. Media rozpisywały się wówczas nad klątwą ciążącą nad rodziną Beksińskich. Siedem lat wcześniej zmarła żona artysty, zaś rok po niej syn Tomasz (znany dziennikarz radiowy) po udanej próbie samobójczej (podejmował ich wiele począwszy od 16. roku życia).
Po tym jak Duch Święty przekonał mnie o tym, że muszę pozbyć się z mojego życia wszystkiego, co obraża Go i jest Mu przeciwne zrozumiałem od razu, że jedną z tych rzeczy są obrazy Beksińskiego. To czego dowiedziałem się potem o jego śmierci i jego rodzinie było dla mnie nie powodem do snucia sensacyjnych dywagacji ale prostym łańcuchem przyczynowo-skutkowym. Otwieranie się na „najdalsze rejony piekła” (określenie użyte przez artystę w jednym z wywiadów medialnych – później tłumaczone i prostowane, ale będące moim zdaniem czymś w rodzaju mimowolnego nazwania rzeczy po imieniu) nigdy nie pozostaje bez konsekwencji. W wydanych właśnie „Dziennikach” Beksiński pisze, że jego rodzina wymiera i że on sam „został na deser”. Deser dla kogo? Tego nie miał już odwagi określić. Malarz nigdy sam nie określił się ani jako agnostyk ani jako ateista choć jego postawa życiowa była wypadkową tych dwóch światopoglądów.
Książka przynosi też wstrząsający zapis nagrania rozmowy rodziców z kilkuletnim Tomkiem na temat obrazów taty. Maluch opowiada swoim dziecięcym językiem o tym co widzi (wystarczy samemu obejrzeć obrazy Zdzisława Beksińskiego, by wyobrazić sobie tę makabryczną wręcz scenkę), a czytelnik ma świadomość, że opowiada przecież o tym, wśród czego spędzał całe swe dzieciństwo i młodość.
Współczesny człowiek jeżeli już akceptuje fakt, że świat nie ogranicza się do „tu i teraz” to przyjmuje zazwyczaj koncepcję Boga zamkniętego w budynkach z wieżyczkami, opłatkach lub książkach. I już. Wara Bogu od mojego świata – mówi często dzisiejszy człowiek. Dlatego mówienie o świecie duchowym, diable i demonach to dla niego przykry nietakt, jakieś faux pas popełnione przez kogoś, kto „tkwi mentalnie w średniowieczu”.
Szczególnie Nowy Testament pozwala nam wejrzeć nieco w ten duchowy świat, który nas otacza. Jezus przez trzy lata nie tylko nauczał, głosił Dobrą Nowinę o zbawieniu, nie tylko uzdrawiał ale równie często wypędzał z opętanych złe duchy. Chyba najbardziej spektakularnym (i tajemniczym) wydarzeniem, opisanym w trzech ewangeliach, jest wypędzenie legionu demonów z pewnego człowieka: I wołając wielkim głosem, rzekł: Co ja mam z tobą, Jezusie, Synu Boga Najwyższego? Zaklinam cię na Boga, żebyś mię nie dręczył. Albowiem powiedział mu: Wyjdź, duchu nieczysty, z tego człowieka! I zapytał go: Jak ci na imię? Odpowiedział mu: Na imię mi Legion, gdyż jest nas wielu. I prosił go usilnie, aby ich nie wyganiał z tej krainy. A pasło się tam, u podnóża góry, duże stado świń. I prosiły go duchy, mówiąc: Poślij nas w te świnie, abyśmy w nie wejść mogli. I pozwolił im. Wtedy wyszły duchy nieczyste i weszły w świnie; i rzuciło się to stado ze stromego zbocza do morza, a było ich około dwóch tysięcy, i utonęło w morzu. [Ewangelia Marka 5:7-13] Jak to możliwe, że w jednym człowieku było aż 2000 duchów nieczystych? Dlaczego nie chciały odejść stamtąd? Dlaczego spowodowały, że świnie rzuciły się do jeziora? To pytania z gatunku tych średniowiecznych właśnie, kiedy próbowano określić ile aniołów zmieści się na czubku szpilki. Kiedyś poznam odpowiedzi na te pytania, dzisiaj to co czytam powinno być dla mnie tylko przestrogą.
Bądźcie trzeźwi, czuwajcie! Przeciwnik wasz, diabeł, chodzi wokoło jak lew ryczący, szukając kogo by pochłonąć. Przeciwstawcie mu się, mocni w wierze - pisał apostoł Piotr [1 list Piotra 5:8-9]. Apostoł Paweł przestrzega z kolei: Przywdziejcie całą zbroję Bożą, abyście mogli ostać się przed zasadzkami diabelskimi. Gdyż bój toczymy nie z krwią i z ciałem, lecz z nadziemskimi władzami, ze zwierzchnościami, z władcami tego świata ciemności, ze złymi duchami w okręgach niebieskich. Dlatego weźcie całą zbroję Bożą, abyście mogli stawić opór w dniu złym i, dokonawszy wszystkiego, ostać się. [list do Efezjan 6:11-13]
Nie wiem ile demonów było w znanym artyście, nie wiem czy w ogóle były. Nie spotkałem go nigdy osobiście, nie wiem. I nie o to tu chodzi. Wiem, że nie był mocny w wierze by przeciwstawić się, że nie zakładał zbroi Bożej - bo sam o tym zaświadczał. Myślę jednak, że jego przykład i zastanowienie się nad życiem jego i jego rodziny może być doskonałą okazją do refleksji nad tym tematem.

12 lutego 2016

Syndrom rajskiej wyspy

Złocista plaża, lekki szum wiatru w gałęziach palm, niewiarygodnie lazurowe morze… – o tak, chcę tutaj zostać… – pewnie niewielu przytrafiło się być w takich pięknych okolicznościach przyrody, natomiast prawie wszystkim zapewne przydarzyło się kiedyś wypowiedzieć takie słowa. O zachodzie słońca nad cichym jeziorem, gdzieś na dzikiej bałtyckiej plaży, na samotnym górskim szczycie, gdzieś jeszcze, gdzie pięknie i spokojnie.
Tęsknimy za takimi miejscami, wydaje się nam, że jesteśmy stworzeni by przebywać właśnie tam, by tak spędzać czas – w spokoju, ciszy, otaczającym pięknie, u boku tych, których kochamy. Ta tęsknota jest przecież Bożym echem w naszych sercach, tęsknimy za pokojem, niczym nie zmąconą radością, miłością, której nic nie może zakłócić. Tak naprawdę tęsknimy za Bogiem, za rajem, w tak niedoskonały i ułomny sposób objawiającym się nam czasami w jakichś zakątkach świata.
Ostatnio myślałem o tym, jak sam kiedyś wypowiadałem wspomniane już słowa. Jezus nie był wtedy moim Panem, żyłem tylko po to by zaspokajać siebie i swój egoizm. A w tym momencie moją zachcianką było pozostać już na zawsze w jakimś Pięknym Miejscu i mieć święty spokój. JA CHCIAŁEM tego i liczył się MÓJ święty spokój.
Wtedy nie znałem jeszcze słów Jezusa, skierowanych do uczniów: Idąc na cały świat, głoście ewangelię wszystkiemu stworzeniu. [Ewangelia Marka 18:15]. Jak miałbym je zrealizować, gdybym pozostał na przysłowiowej rajskiej plaży? Dzisiaj nie wyobrażam sobie już żebym mógł je wypowiedzieć. Byłyby jawną deklaracją nieposłuszeństwa wobec tego, którego uznaję za Mistrza i Pana.
To oczywiste, że potrzebujemy odpoczynku. Nie da się stale funkcjonować na wysokich obrotach, w stresie i zgiełku codzienności. Czasami trzeba po prostu odpocząć. Ale odpoczynek nie może być ucieczką, na pewno nie dla chrześcijanina. Dla chrześcijanina to przede wszystkim Bóg jest ucieczką i siłą (…), Pomocą w utrapieniach najpewniejszą. [Psalm 46:2]; Jedynie w Bogu jest uciszenie duszy mojej, Bo w nim pokładam nadzieję moją! [Psalm 62:2]
Jezus powiedział słowa, których prawdziwość wbrew wszelkiej logice i „racjonalnemu myśleniu” sprawdza się w życiu chrześcijanina: Pójdźcie do mnie wszyscy, którzy jesteście spracowani i obciążeni, a Ja wam dam ukojenie [Ewangelia Mateusza 11:28, Biblia Warszawska]. W innych przekładach – odpocznienie, wytchnienie, pokrzepię was.
Zostając na rajskiej plaży „na zawsze” musiałbym skonfrontować się także ze słowami Jezusa kto nie bierze krzyża swego, a idzie za mną, nie jest mnie godzien. Kto stara się zachować życie swoje, straci je, a kto straci życie swoje dla mnie, znajdzie je. [Mateusza 10:38–39] A przecież po to chciałbym tam zostać, by już więcej nie musieć brać na siebie krzyża i ocalić swoje życie przed wszystkimi trudami.
Niewesoło zaczyna wyglądać ten „rajski” krajobraz. Wszystko wskazuje na to, że zostałbym tam nie „na zawsze” ale może do śmierci. Dalej o rajskim krajobrazie nie ma chyba co marzyć, wszystko wskazuje na to, że wręcz przeciwnie…
Tak naprawdę opisana sytuacja, z pozoru wręcz niewinna jest sprawdzianem wiary. Albo egoizm albo posłuszeństwo. Albo moje JA, albo zapieranie się go, niesienie ewangelii i krzyża. Albo „rajska wyspa” albo Raj.

7 lutego 2016

Wybrukowane piekło

Postać Piłata intrygowała mnie od dawna. Pamiętam, że już w pierwszych klasach podstawówki podczas świątecznych jasełek zastanawiało mnie jego umywanie rąk i próby obrony Jezusa przed Żydami. Budził wtedy moją sympatię, podsycaną w pewien sposób przez siostrę zakonną uczącą nas religii. Potem przez wiele lat zarówno Piłat jak i sam Jezus nie pochłaniali moich myśli.
Dopiero kiedy zacząłem czytać Słowo Boże Jezus stał się dla mnie żywy i zrozumiałem, że taki jest naprawdę. Postać Piłata jak i wszystkie inne towarzyszące w ten czy inny sposób Jezusowi w drodze na krzyż nabrały nowych wymiarów. Namiestnik Judei przestał też być postacią budzącą sympatię. Niedawno napotkałem na wyniki pewnej ankiety socjologicznej, w której pytano Polaków o stosunek do postaci Nowego Testamentu. Piłat zebrał chyba największy odsetek sympatyków, nie zabrakło też takich, którzy deklarowali pewność tego, że trafił do nieba.
Ja przestałem być fanem Piłata wraz z nawróceniem. Zrozumiałem, że Piłat jest postacią tragiczną, reprezentującą większość ludzkości, mającą gdzieś w głębi duszy pokłady dobra, które niestety nie ma szans na przybranie realnych kształtów w działaniu.
Piłat był zaintrygowany Jezusem, niepokoiły go Jego słowa. Oczywiście nie uwierzył, że Jezus był Synem Bożym, ale rozumiał, że „coś jest na rzeczy” i bezpieczniej będzie dać sobie z Nim spokój. Odtąd Piłat starał się wypuścić go, ale Żydzi krzyczeli głośno: Jeśli tego wypuścisz, nie jesteś przyjacielem cesarza; każdy bowiem, który się królem czyni, sprzeciwia się cesarzowi. Piłat tedy, usłyszawszy te słowa, wyprowadził Jezusa na zewnątrz i zasiadł na krześle sędziowskim, na miejscu, zwanym Kamienny Bruk, a po hebrajsku Gabbata. [Ewangelia Jana 18:12–13] No właśnie, wszystkiemu winne te niepotrzebne komplikacje i naciski. Podejrzewam, że gdyby władza Piłata była rozleglejsza uwolniłby Jezusa. Ale musiał liczyć się ze swoimi zwierzchnikami a Żydzi go tą podległością sprytnie szantażowali. Jak byłoby cudownie prosto gdyby cesarza nie było. Wtedy cała sprawa mogłaby skończyć się na tych słowach: Piłat zaś rzekł do arcykapłanów i do tłumów: Żadnej winy w tym człowieku nie znajduję. [Ewangelia Łukasza 23:4]
Ale się nie skończyła. Dlaczego? Przede wszystkim dlatego, że Jezus musiał umrzeć dla naszego zbawienia. Wierzę też, że Piłat miał w boskim planie do odegrania bardzo ważną rolę. Dzisiaj na jego przykładzie możemy się bardzo wiele nauczyć. Tego jak wielką siłą jest strach przed utratą władzy, prestiżu, stanowiska, pieniędzy, uznania, świętego spokoju… To niesamowite jak te wszystkie rzeczy przeważają, choćby na przeciwnej szali wagi znalazło się czyjeś życie. Ale tak naprawdę na wadze znajduje się z jednej strony to co NASZE, z drugiej to co CUDZE. NASZE zawsze jest ważniejsze, przeważa.
Piłat obmył ręce w rytualnym geście i zapewne pragnął już żeby ten dzień się skończył. Jutro zapomni o Judejczyku, wieczorem napije się dobrego wina, każe sobie zrobić masaż. Ale czy zapomniał? Nie sądzę, tak naprawdę Piłat był wrażliwym, ale i słabym człowiekiem. Miał dobre chęci, te, którymi wybrukowane jest piekło. Jego piekło zaczęło się tego dnia, sumienie nie dało mu już zapewne spokoju.
Jezus umarł także po to by ci, którzy w Niego uwierzą i zostaną obdarowani Duchem Świętym już nie musieli zasłaniać się dobrymi chęciami. On daje moc stanięcia po właściwej stronie, dokonania właściwej oceny ciężaru szal na wadze. Od tej chwili dla każdego chrześcijanina jasne jest, że dobro bliźniego zawsze przeważa. Że wybieramy Jezusa.