29 września 2026

Muzak i Boże drogi

   Pewnie każdy z nas zna osoby, które tuż po wejściu do domu włączają jakąkolwiek muzykę lub telewizor. A może sami takimi osobami jesteśmy? Na czym polega ten mechanizm? Może po prostu nie lubimy znajdować się w cichym, pustym pomieszczeniu. W przypadku, gdy jesteśmy osobami samotnymi, możemy mieć uczucie, że otaczająca nas cisza jeszcze podkreśla tę samotność. Jednak podobne zachowania dotyczą często młodych, aktywnych ludzi, prowadzących intensywne życie towarzyskie. Jak ich wtedy „wytłumaczyć”?

  W latach 80. ubiegłego wieku Marek Niedźwiedzki, radiowy dziennikarz muzyczny spopularyzował termin muzak, który określał jakąkolwiek muzykę, brzmiącą w tle codziennych czynności, nieistotną z punktu widzenia wartości artystycznych, błahą, nijaką i nieangażującą. Dla polskich słuchaczy oczywiste było, że słowo to jest połączeniem słowa muzyka z mazakiem, czyli coś wymazującego za pomocą muzyki ciszę. A cisza to miejsce na myśli, refleksje, nawet odpoczynek od wszechobecnego zgiełku. Czemu zatem zgiełk niechciany zastępujemy sobie zgiełkiem nijakim, a różnica jest tylko taka, że ten drugi w jakiś sposób sami wybieramy i kontrolujemy?

  Muzak zadomowił się całkiem dobrze w naszej rzeczywistości, jeszcze zanim został tak nazwany. Stał się idealną ucieczką od ciszy, domagającej się od nas czegoś. Cisza zaczęła być postrzegana jako coś niepotrzbnego, wręcz wrogiego. Termin niezręczna cisza został ukuty wprawdzie dla określenia sytuacji w rozmowie towarzyskiej, ale tak naprawdę bez muzaka cisza często stawała się (i staje niestety) niezręczna nawet gdy jesteśmy sami. Sami ze sobą. Czy to naprawdę stała się dla współczesnego człowieka niezręczna sytuacja?

  Osobiście bardzo lubię muzykę i mam dość konkretne muzyczne gusty. Chyba nigdy nie używałem muzaków, ale i tak od pewnego czasu coraz bardziej cenię sobie ciszę. Zdecydowanie od czasu mojego nawrócenia. Zaczęło się oczywiście od ciszy w trakcie modlitwy i lektury Biblii, ale w miarę dojrzewania jako chrześcijanin zacząłem rozumieć, że nie chcę przeszkadzać Bogu w mówieniu do mnie. Nie chodzi oczywiście o to, że muzyka może fizycznie zagłuszać głos Boga, odzywający się gdzieś w pokoju, ale o stworzenie warunków, by czytane przed chwilą Słowo Boże czy wysłuchane kazanie, mogły w ciszy i bez przeszkód „pracować” we mnie. Ale także by moje myśli mogły swobodnie znajdować sobie drogi, Boże drogi.

  Warto także zwrócić uwagę, że sama muzyka jest Bożym dziełem i to z Jego inspiracji tę muzykę tworzymy. Warto pokusić się o studium biblijne pod tym kątem. Wielki kompozytor Jan Sebastian Bach, ugruntowany w tradycji protestanckiej m.in. organista kościelny, tworzący wiele dzieł osadzonych w Biblii, zwracał uwagę na ten boski pierwiastek w muzyce (swoją drogą o mało co Bach nie został organistą w Gdańsku, ale rajcy nie uznali jego kompetencji). Słuchana uważnie może nas zdecydowanie prowadzić ku Bogu. Muzak od Niego tylko oddala i wręcz odgradza. Rozprasza nas.

Jarosław Wierzchołowski

-------------------------------------

Środowisko – w szczególności w krajach zamożnych – jest systematycznie zatruwane przez wszechobecną quasi-muzykę. (…) Wrażliwych na muzykę ludzi jest o wiele mniej niż tych, którym ten stan rzeczy nie przeszkadza. A będzie ich coraz mniej, ponieważ natrętna „muzyka-tło”, którą słyszy się w pociągu, restauracji, w windzie hotelowej, na statku i w dziesiątkach innych miejsc powoli, ale systematycznie stępia wrażliwość na muzykę i trudno sobie wyobrazić, aby człowiek wychowany w takich warunkach był jeszcze zdolny do wysłuchania z uwagą i satysfakcją kwartetu Beethovena czy preludium Debussy’ego.

Witold Lutosławski

--------------------

Wbrew pozorom termin muzak stworzył w 1934 roku amerykański wynalazca i naukowiec George Owen Squier. Założył firmę o takiej właśnie nazwie, dostarczającą „muzykę w tle” do biur, sklepów oraz hoteli. Tworząc nazwę dla swojego nowego przedsiębiorstwa, połączył dwa słowa: music (muzyka) oraz Kodak (nazwę pewnie dziś mało komu znanej firmy z branży fotograficznej, która kojarzyła się w tamtych czasach z nowoczesnością). Z czasem nazwa jego firmy stała się potocznym określeniem na tzw. „muzykę z windy” (ang. elevator music) lub „tapetę dźwiękową”.

4 lutego 2023

Fałszerze i żaby czyli zostałeś wybrany by poznać "innego Jezusa"

 Dla chrześcijan narodzonych na nowo i opierających swą wiarę wyłącznie na Słowie Bożym jest oczywiste, że nie wolno malować obrazów przedstawiających osoby Boskie i oddawać im czci. Dla człowieka pełnego autentycznej bojaźni Bożej jest wręcz nie do pomyślenia by mógł oddawać cześć jakiemuś wizerunkowi. „Bóg jest duchem, a ci, którzy mu cześć oddają, winni mu ją oddawać w duchu i w prawdzie.” (Ew. Jana 4, 24). W tym kontekście sama idea, by próbować namalować Boga wydaje się żałosna i wręcz śmieszna (gdyby nie była grzeszna).

Dzisiaj tworzenie bałwochwalczych wizerunków nie jest tak proste do zidentyfikowania. Współczesna kultura subtelnie podsuwa nam obrazy z internetu, filmy itp. Jednym z takich przypadków jest serial „The Chosen” [Wybrani], amerykańska produkcja filmowa, mająca swoją premierę w 2017 roku. Dziś liczy już kilkanaście, jeżeli nie więcej, odcinków w kilku tzw. sezonach. Serial dostępny jest poprzez aplikację na urządzenia mobilne, ale jest także do znalezienia w internecie, z możliwością oglądania z polskimi napisami.

Nie jest to wierna ekranizacja ewangelii, choć bazuje na ich przekazie. Jest oczywiste dla każdego czytelnika Nowego Testamentu, że ewangeliści nie dokonywali drobiazgowego, skrupulatnego opisu każdego wydarzenia, a tym bardziej tego, co wydarzało się „pomiędzy” nimi, całej codzienności Jezusa i Jego uczniów. I te luki postanowili wypełnić twórcy „The Chosen”. Już ponad 120 milionów ludzi na całym świecie obejrzało przynajmniej część dostępnych odcinków serialu.

Przeczytałem fragment wywiadu z twórcą i reżyserem (Dallas Jenkins) tego serialu, w którym opowiada skąd pojawił się pomysł: „Pasjonuje mnie opowiadanie starej historii tak, by ludzie odczytali ją… na nowo”. Dodaje jeszcze: „Gdy oglądam filmy o Jezusie, ciężko mi wczuć się w opowiadane historie. Najważniejsze wątki już przecież słyszałem, a rzadko kiedy takie projekty głębiej pochylają się na przykład nad wątkami pozostałych postaci. Przez to bohaterowie drugoplanowi wydają się straszne papierowi i bezosobowi”. Reżyser chce pokazać Pana Jezusa oczami ludzi, którzy żyli wokół Niego. Razem z nim odkrywamy więc postacie Szymona Piotra, Mateusza, Marii Magdaleny czy Nikodema. „Nie mogliśmy powstrzymać się od uosobienia w postaciach tego, co w nich najważniejsze: lekkomyślności, trudnej przeszłości, pobożności czy desperackiego pragnienia zmiany. I, ostatecznie, ich odkupienia” – dodaje Jenkins.

Po obejrzeniu pierwszych filmów serii sam uznałem, że twórcy wykonali kawał dobrej roboty. Stałem się fanem serialu, podobnie jak wielu znajomych braci i sióstr. Filmowy Jezus emanował ciepłem, pokojem i tym czymś, czym w oczywisty sposób powinien emanować Boży Syn. Zwykła codzienność, relacje z faryzeuszami i Rzymianami, trudne warunki bytowe w Galilei – wszystko to przybliżało mi jedynie postać Jezusa i tłumaczyło wiele ewangelicznych wydarzeń. „Połykałem” wręcz kolejne odcinki, czując niewątpliwą korzyść duchową, jaką odnoszę z aktywnego oglądania serialu.

Do czasu. Po kilku odcinkach akcja nagle drastycznie się załamała, z potoczystej narracji pełnej błyskotliwych obrazów i bezpośrednich wręcz cytatów biblijnych niewiele zostało. Postać Jezusa pojawiała się coraz rzadziej, zamiast tego ekran zaczęły wypełniać miałkie i nic nie wnoszące, dziwne rozmowy pomiędzy apostołami na tematy nie znajdujące swego odbicia w ewangeliach. Na dodatek coraz częściej zaczęła się pojawiać Maria, matka Jezusa, jakoby mieszkając w obozie apostołów towarzyszących Mistrzowi i pełniąca rolę mentorki i wyroczni w wielu sprawach duchowych. No i tu zapaliła mi się (nie tylko mnie jak wiem) czerwona lampka. To zdecydowanie sprzeczne z przekazem ewangelicznym, matka Jezusa podobnie jak Jego bracia nie wierzyli w Niego (Ew. Jana 7, 5) w czasie publicznej służby Jezusa. Mało tego, wstydzili się Go, uważali, że postradał zmysły i chcieli wspólnie powstrzymać Jezusa od kontynuowania działalności i pochwycić Go. Bez ogródek pisze o tym Marek (Ew. Marka 3, 21-22), ale także Łukasz i Mateusz przytaczają opis tego wydarzenia (Ew. Łukasza 8, 30; Ew. Mateusza 12, 46-49. Trudno też zaakceptować Jezusa, denerwującego się przed wygłoszeniem tzw. kazania na górze, spędzającego noce na ćwiczeniach oratorskich i zastawiającego się głośno, jakich zwrotów najlepiej użyć podczas przemawiania do tłumów. Pominę już moment, gdy Chrystus radzi się swojej matki jak ma się ubrać na to ważne wydarzenie…

No ale to był właśnie moment, w którym stwierdziłem, że już dosyć i że za chwilę zacznę zapewne oglądać jakąś dziwaczną telenowelę, będącą projekcją wyobrażeń o Jezusie kogoś, kto nie czytał Biblii albo Słowo Boże nie jest dla niego nic warte. Wydaje się, że kluczem do podkreślanej wielokrotnie w recenzjach serialu uniwersalności jest fakt, że każdy może go współfinansować. Jest chyba oczywiste, że najbardziej hojni donatorzy (wśród których znalazł się Kościół Mormonów ale także organizacje katolickie) uzurpują sobie prawa do decydowania  o jego kształcie. Nie przypadkiem serial zbiera najlepsze recenzje właśnie w tych właśnie środowiskach, dla których Słowo Boże nie jest najwyższym autorytetem (mówiąc oględnie).

Wszystkim, których zaintrygowałem tą swoistą, niepełną recenzją: z czystym sumieniem  polecam pierwszy sezon serialu. Można przeżyć przez te kilka odcinków naprawdę ciekawą przygodę z Jezusem. Potem zalecam ostrożność i częste zaglądanie do Biblii… albo wykasowanie aplikacji z telefonu.

„The Chosen” to przykład medium, które może nam zaaplikować obraz Jezusa, zdecydowanie odbiegający od tego, jaki widzimy w Słowie Bożym. Najgorsze jest to, że robi to bardzo sprytnie i po raz kolejny można tu odwołać się do anegdoty o żabie, która daje się ugotować w garnku, w którym stopniowo podnoszona jest temperatura wody, aż do wrzenia. Nie dajmy się sprowadzić do poziomu naiwnej żaby, nie dajmy się „ugotować”!

31 grudnia 2022

Kto umie pisać na sercach?

Niedawno ponownie wróciłem do lektury Księgi Przypowieści Salomona i jak to bywa z lekturą Słowa Bożego uderzyły mnie słowa, których wcześniej jakby tam nie widziałem. „Nie zapominaj, synu, mej nauki i niech twe serce przestrzega mych przykazań, bo one przedłużą ci dni i lata życia i na pewno pogłębią twój pokój. Niech cię nie opuszcza łaska ani prawda, zawiąż je sobie na szyi, wypisz na tablicy swego serca, a znajdziesz życzliwość i uznanie w oczach Boga oraz w oczach ludzi.” (7, 1-3).

Salomon poucza młodego czytelnika (bo taki jest generalny cel tej księgi), by wypisał przykazania (z nimi wiąże się łaska i prawda) na tablicy swojego serca. Sam ma to zrobić! Uważnemu czytelnikowi Biblii od razu zapalić powinna się zapalić tzw. czerwona lampka (jak widać mnie zapaliła się dopiero po wielu latach lektury). Wszak ten zwrot zawarty jest w jednym z najbardziej znanych, proroczych wersetów Starego Przymierza, w Księdze Jeremiasza: „Oto idą dni — oświadcza PAN — gdy zawrę z domem Izraela i z domem Judy nowe przymierze. Nie takie przymierze, jakie zawarłem z ich ojcami w dniu, gdy ich ująłem za rękę, aby ich wyprowadzić z Egiptu. Tamto przymierze ze Mną oni zerwali, chociaż Ja byłem ich panem — oświadcza PAN. Teraz jednak zawrę z domem Izraela takie przymierze — oświadcza PAN: Moje Prawo włożę w ich wnętrza i wypiszę je na ich sercach. Ja będę ich Bogiem, a oni będą moim ludem." (Jeremiasza 31, 31-33)

Jeremiasz wyraźnie prorokuje, że takie dni dopiero nadejdą i wiemy, że nadeszły dopiero ok. 1000 lat po napisaniu cytowanych słów przez Salomona i ok. 500 lat po proroctwie Jeremiasza. To nowe przymierze zawarte zostało przez krew Jezusa Chrystusa.

A jak było za czasów Salomona i Jeremiasza? Może Bóg jednak także coś wypisywał na sercach swojego ludu? Jeremiasz nam to odkrywa i nie jest to bynajmniej pokrzepiające przesłanie: „Grzech Judy wykuty jest rylcem żelaznym, ostrzem z krzemienia wyryty na tablicy ich serca i na rogach ich ołtarzy” (Jeremiasza 17, 1)

Owszem, możemy sami próbować lukrować nasze życie, twierdzić, że zmieniliśmy się, bo ciężko nad tym pracowaliśmy. Ot, tak zebraliśmy się w sobie, zaparliśmy się i… Izraelici bardzo chcieli tak zrobić. Salomon uważał, że jeśli da wystarczająco dobre rady czytelnikom, to oni zmienią się, po prostu je stosując. Prawda jest jednak taka, że tylko Bóg daje moc do przemiany życia. Jezus powiedział o tym dobitnie Nikodemowi w trakcie nocnej rozmowy: „Ręczę i zapewniam, że kto się nie narodzi z wody i Ducha, nie może wejść do Królestwa Bożego. Co się narodziło z ciała, jest ciałem, a co się narodziło z Ducha, jest duchem. Nie dziw się, że ci powiedziałem: Musicie się na nowo narodzić." (Ew. Jana 3, 5-7).

Nikodem dokładnie znał (prawdopodobnie w dużej części na pamięć, podobnie jak wielu uczonych rabinów) Torę i pisma proroków, znał też oczywiście zalecenie Salomona odnośnie konieczności samodzielnego zapisywania przykazań na sercu. Znał też na pewno proroctwo Jeremiasza, ale umieszczał je zapewne w nie dającej się przewidzieć przyszłości. Reprezentował sposób myślenia żydowskich elit, że trzeba sobie jakoś samemu radzić z doskwierającym jarzmem Prawa. Boży nakaz zawarty w 5. Księdze Mojżeszowej 6, 6-9 („Niech te słowa, które ja ci dziś przykazuję, będą w twoim sercu. Wpajaj je swoim dzieciom, mów o nich, gdy jesteś w domu, gdy odbywasz podróż, przed snem i kiedy wstajesz. Przywiąż je sobie jako znak do ręki i niech ci one będą przepaską na czole. Wypisz je też na odrzwiach swego domu i na swoich bramach”) Żydzi potraktowali literalnie, wiążąc rzemyki z tekstami Tory wokół swoich palców i zakładając rytualne szkatułki tefilim z wersetami na swoje czoła oraz umieszczając wybrane fragmenty Tory w tzw. mezuzach na odrzwiach domów. Nie dało to nic poza stwarzaniem pozorów ludzkiej sprawiedliwości i rozbudowywaniem martwych rytuałów.

Ale łatwo nam dziś krytykować Izraelitów sprzed 3000 czy 2000 lat. Trudniej spojrzeć krytycznie na siebie i otwarcie odpowiedzieć sobie na pytanie – czy całkowicie polegamy na łasce Jezusa Chrystusa i doświadczamy dzięki Niemu przemiany serca (jeśli naprawdę uwierzyliśmy w Niego). A może nadal staramy się coś tam „dobrego” i „poprawnego” sami wypisywać w naszych umysłach i sercach? Ale Jezus mówi wyraźnie: „Kto trwa we Mnie, a Ja w nim, ten przynosi obfity owoc, bo beze Mnie nie jesteście w stanie nic uczynić." (Ew. Jana 15, 5) 

9 kwietnia 2022

Prawa

Dzisiaj usłyszałem niebywałą historię. W jednym z ukraińskich szpitali, zrujnowanych przez rosyjskich najeźdźców, żołdacy pozostawili na ścianie napis: „Dlaczego uważacie, że należy się wam dobre życie?”. Z pewnością, atak na szpital i bezbronnych, chorych ludzi, oczekujących raczej opieki i bezpieczeństwa niż nagłej śmierci z rąk wrogiej armii – to wręcz kwintesencja tego, że „dobre życie” odeszło.

Po pierwszym szoku po usłyszeniu tej wiadomości, zacząłem rozmyślać o tym, co Słowo Boże mówi o naszej nadziei na dobre życie. Czy nam się ono należy? Samo pojęcie, że cokolwiek nam się „należy” tutaj, na tym świecie, jest zdecydowanie nie do znalezienia w Biblii.

Wręcz przeciwnie, po upadku pierwszych ludzi i wygnaniu ich z ogrodu Eden Bóg skierował do Adama słowa, określające jakość jego przyszłego życia: „Z powodu ciebie ziemia będzie przeklęta! W trudzie będziesz zdobywał pożywienie i to po wszystkie dni swojego życia! Będzie ci rodzić ciernie i osty, a pokarmem ci będą zbiory pól. W pocie czoła będziesz jadł chleb, aż powrócisz do ziemi, gdyż z niej zostałeś wzięty — bo jesteś prochem i obrócisz się w proch.” (1 Mój 3, 17-19 ). To bardzo trudne do przyjęcia słowa i chyba często o nich zapominamy, żyjąc (szczególnie w naszych europejskich warunkach) tak naprawdę w komforcie.

Nie bardzo wiadomo dlaczego uważamy, że taki właśnie poziom życia, bezpieczny, dostatni i wygodny, nam się należy. Bo zapracowaliśmy na to? Bo zapracowały minione pokolenia? I raczej nie myślimy wtedy o dziedzictwie, jakie zostawił nam Adam. A to właśnie z tą spuścizną związane jest, że to trud, nieszczęście i śmierć są normą na tym świecie a powodzenie, dostatek i beztroska – niezasłużoną łaską. Zadając pytania o to, dlaczego tyle zła na świecie, pomijamy słowa Jezusa: „Czy myślicie, że ci Galilejczycy, którzy tyle wycierpieli, gorsi byli od wszystkich pozostałych Galilejczyków? Zapewniam was, że nie! Jeżeli nie będziecie pokutowali, wszyscy podobnie zginiecie. Albo czy sądzicie, że owych osiemnastu, na których runęła wieża w Siloe i zabiła ich, bardziej zawiniło niż wszyscy pozostali mieszkańcy Jerozolimy? Zapewniam was, że nie. Jeżeli nie będziecie pokutowali, wszyscy podobnie zginiecie.” (Ewangelia Łukasza 13, 2-5)

Dostatnia codzienność jak nic innego potrafi zatrzeć nam perspektywę, w jakiej powinniśmy postrzegać nasze życie. Biblijną perspektywę. Job, wspaniała postać z prawdopodobnie najstarszej księgi Słowa Bożego, powiedział gdy spadły na niego niewyobrażalne klęski: „Nagi wyszedłem z łona matki mojej i nagi również tam wrócę. Pan dał, Pan wziął. Niech imię Pańskie będzie pochwalone” (Hi 1:21). Apostoł Paweł stwierdził zaś: „Nic bowiem nie przynieśliśmy na ten świat, nic też wynieść nie możemy.” (1Tm 6:7)

Jedyna Osoba, która miała prawo nie tylko do dobrego życia, ale do WSZYSTKIEGO, wyrzekła się tego dobrowolnie. „Bądźcie względem siebie tacy jak Chrystus Jezus. On, choć istniał w tej postaci, co Bóg, nie dbał wyłącznie o to, aby być Mu równym. Przeciwnie, wyrzekł się siebie, przyjął rolę sługi i był jak inni ludzie. A gdy już stał się człowiekiem, uniżył się tak dalece, że był posłuszny nawet w obliczu śmierci, i to śmierci na krzyżu. Dlatego Bóg szczególnie Go wywyższył i obdarzył imieniem znaczącym więcej niż wszelkie inne” (Filipian 2, 3-9)

Jeden z wielkich mężów Bożych, zwracając kiedyś uwagę na częste wśród chrześcijan dyskusje na temat należnych im praw, podsumował je krótko: „Chrześcijanin ma jedno prawo – prawo do wyzbycia się wszelkich swoich praw”. Dlaczego? Bo chrześcijanin ma być (jest) naśladowcą Jezusa Chrystusa.

Napis na ścianie ukraińskiego szpitala z pewnością szokuje, budzi gniew i sprzeciw. Także dlatego, że przede wszystkim w zamierzeniu miał upokorzyć, upodlić, odebrać nadzieję. Przyznaję – zszokował i rozgniewał także mnie. Ale pokazał mi także jak daleko moje „codzienne” myślenie i stosunek do otaczającej mnie rzeczywistości zostały poddane regułom tego świata.

Dlatego wszyscy powinniśmy nieustannie przypominać sobie wezwanie apostoła Pawła: „Wiecie, że macie zedrzeć z siebie starego człowieka, który hołdował dawnemu sposobowi życia i którego niszczyły zwodnicze żądze. Zamiast tego macie poddawać się odnowie w duchu waszego umysłu i oblec się w nowego człowieka, stworzonego według Boga w sprawiedliwości i świętości prawdy.” (Efezjan 4, 22-24). Tylko taki, narodzony na nowo człowiek, ma obietnicę dobrego życia. Dobrego Życia na wieki.

21 lutego 2022

Już czas - by przestać obnosić się ze swoim duchowym kalectwem

 Od lat wszelkiej maści ekumeniści podpierają swe działania, zmierzające do zjednoczenia denominacji ewangelikalnych i protestanckich z kościołem rzymsko-katolickim słowami Jezusa „aby byli jedno”. Stały się niemal hasłem ruchu ekumenicznego, powtarzanym przy każdej okazji i obecnym na plakatach ekumenicznych eventów. Jest symptomatyczne i niemal symboliczne, że wyrażenie to jest wyrywane z kontekstu i świadczy o nieznajomości Słowa Bożego, a można przypuszczać, że także o celowym fałszowaniu sensu wypowiedzi Jezusa.

 Słowa „Aby byli jedno” są prezentowane jako „testament” Jezusa, pobożne życzenie, skierowane do uczniów i naśladowców. Ale to nieprawda – te słowa są częścią tzw. modlitwy arcykapłańskiej Jezusa, którą modlił się tuż przed swoim pojmaniem, przed Swoją męką: „Proszę nie tylko za nimi, ale i za tymi, którzy dzięki ich słowu uwierzą we Mnie. Proszę, aby wszyscy stanowili jedno. Ojcze, niech będą jedno z Nami, jak Ty jesteś we Mnie, a Ja w Tobie. Niech stanowią jedno, aby świat uwierzył, że Ty Mnie posłałeś. Przekazałem im chwalę, którą Ty Mnie obdarzyłeś, aby byli jedno, jak Ty i Ja stanowimy jedno. Ja w nich, a Ty we Mnie; obyż stanowili jedność doskonałą, przez co świat będzie mógł poznać, że Ty Mnie posłałeś i że ich kochasz tak, jak kochasz Mnie.” (Ewangelia Jana 17, 20-23)

 A zatem po pierwsze – nie były skierowane do apostołów wówczas i nie są skierowane do nas dzisiaj, a do Ojca. To oznacza, że to nie my mamy je realizować.

 Po drugie (i najważniejsze) – ciągłe przypominanie tych słów jako rzekomo niewypełnionych i wymagających zadośćuczynienia, oznacza, że uznajemy, iż modlitwa Jezusa nie została wysłuchana. MODLITWA JEZUSA CHRYSTUSA, SYNA BOŻEGO nie została wysłuchana! Czy ktoś, kto w ogóle ośmiela się tak myśleć zdaje sobie sprawę, co twierdzi? Przed grobem Łazarza Jezus powiedział: Ojcze! Dziękuję Ci, że mnie wysłuchałeś. Ja wiedziałem, że mnie zawsze wysłuchujesz, ale to powiedziałem ze względu na tłum stojący wokół, aby uwierzyli, że Ty mnie posłałeś.” (Ewangelia Jana 11, 41-42).

 Nie jest możliwe, żeby modlitwa Syna Bożego nie została wysłuchana przez Ojca. Dlatego Jezus mówił do Swoich uczniów: „I o cokolwiek prosić będziecie w imieniu moim, to uczynię, aby Ojciec był uwielbiony w Synu. Jeśli o co prosić będziecie w imieniu moim, spełnię to.” (Ewangelia Jana 14, 13-14)

 Ale pozostaje jeszcze jedna, bardzo istotna kwestia. Ci, którzy uważają, że dzisiejsi uczniowie Jezusa „nie są jedno” sami najwyraźniej tej jedności nie widzą, nie doświadczają i najpewniej nigdy nie doświadczyli. To bardzo smutne, że ich to omija, ale może jeszcze smutniejsze jest to, że chcą przekonać innych, że ich „brak” (by nie powiedzieć – kalectwo), jest normą. NIE, NIE JEST NORMĄ!

 Normą jest Duch Jedności, którego doświadczają od czasu Pięćdziesiątnicy wszystkie prawdziwe dzieci Boże. Doświadczają gdy spotykają się z braćmi i siostrami w swoich zborach a także w jakichkolwiek społecznościach, gdzie Imię Jezusa jest wielbione i wywyższane, gdzie tylko On jest Panem. Doświadczają, gdy spotykają chrześcijan, pełnych Ducha Świętego, choćby mieszkali oni na co dzień na drugim końcu świata. „Wszyscy przecież w jednym Duchu zostaliśmy ochrzczeni, aby stanowić jedno Ciało: czy to Żydzi, czy Grecy, czy to niewolnicy, czy wolni. Wszyscy też zostaliśmy napojeni jednym Duchem.” (1 Koryntian 12, 13). Jak widać tej jedności doświadczał także apostoł Paweł i niedoskonały z pewnością zbór w Koryncie. Ale stanowiący jedność w Duchu Świętym.

 I proszę więcej nie obnosić się ze swoimi niedostatkami. Trzeba je raczej dostrzec, pokutować i nawrócić się. I prosić innych o modlitwę. Tak, to jest emocjonalny wpis. Bo boli mnie wypaczanie słów mojego Pana, manipulowanie nimi, niewiara w Niego i Jego Wszechmoc! Już dość! Już czas!

19 listopada 2020

Świadectwo o zachwyceniu

  Zawsze z dużym dystansem, by nie powiedzieć ze zdziwieniem przyglądałem się pasjom ogrodniczym. Nie mogłem zrozumieć zachwytów nad kolejnym pączkiem czy nawet zaszczepioną jabłonką, które objawiali nawet moi dawni koledzy i koleżanki ze szkolnych ław. Sam nie wiem jak to się stało ale od kilku tygodni sam z podziwem i troską spoglądam na mój skromny „ogródek” w kilku zaledwie doniczkach. Imponuje mi i zachwyca niepowstrzymane parcie niepozornych roślinek do wypuszczania nowych pędów, listków a nawet kwitnienia. Jak to możliwe, że z małego pędu „uszczkniętego” gdzieś po kryjomu z jakiejś doniczki w przeciągu zaledwie dwóch tygodni powstaje imponująca wręcz roślinka z kilkoma już całkiem porządnymi listkami… Dziwne? To znaczy – dziwne żeby się tym zachwycać?

  Przyglądanie się z bliska takim procesom wiele uczy. Tak naprawdę nie da się wytłumaczyć tych cudów inaczej niż Boskim planem i interwencją, cokolwiek by tam sobie „uczeni” biolodzy i ewolucjoniści nie wymyślali. Ostatnio myślę o tym, że brak zachwytu, ba – brak w ogóle opcji zachwytu nad takimi procesami powstawania i wzrostu plasuje ich na absolutnie przegranej pozycji i kompromituje całkowicie!

  W Ewangeliach czytamy sporo o roślinach, ich dojrzewaniu, wzroście a szczególnie o wydawaniu owoców. Za dużo tych fragmentów by je tu wypisywać. Ale dzisiaj myślałem o tym, czy Jezus także zachwycał się tym cudem życia… Z Jego wypowiedzi to nie wynika. Moim zdaniem nie zachwycał się, bo było to dla Niego czymś oczywistym. Nie zachwycamy się raczej tym, że 2+2=4. Nasza wiara jest mała i jakkolwiek by nie była, nie da się porównać z Chrystusem. Chwałą Bogu, że umiemy się zachwycać. Myślę, że to dobrze o nas świadczy.

  Ale jednocześnie Jezus wiązał zawsze, jeżeli już używał „rolniczych” obrazów, wzrost i owocowanie z poddaniem się woli Bożej, z posłuszeństwem. Chyba najmocniej ale i najbardziej dramatycznie widać to nie w żadnej z przypowieści, a w autentycznej w historii o drzewie figowym (Ew. Mateusza 21, 18-19).

1 listopada 2019

Majestat śmierci?

  Ponieważ cała moja ziemska rodzina składa się z członków kościoła katolickiego zdarza się, że bywam na pogrzebach, którym przewodniczą księża. Bardzo często w ich mowach pogrzebowych przewija się pojęcie „majestat śmierci”. Za każdym razem elektryzuje mnie ten zwrot i za każdym razem zastanawiam się co on ma oznaczać. Niedawno to uczucie odżyło ze zdwojoną siłą, gdy takie słowa padły w przestrzeni publicznej, wypowiedziane w związku ze śmiercią Kogoś Ważnego.
  Majestat śmierci we wspomnianych mowach pogrzebowych traktowany jest jako fakt i oczywistość, której nie trzeba tłumaczyć i wyjaśniać. Ale co tak naprawdę autorzy tych słów mogą mieć na myśli? Według słownika majestat to dostojeństwo, powaga lub okazałość osób lub zjawisk, wskazujące na ich wielkie znaczenie i moc. Jak w świetle tej definicji ma się „majestat śmierci”?
  Bóg wybawił nas i wezwał do społeczności swoich wybranych nie ze względu na nasze uczynki, lecz zgodnie ze swym odwiecznym postanowieniem i łaską, przeznaczoną dla nas w Jezusie Chrystusie przed wszystkimi czasy. Teraz ukazał nam ją przez pojawienie się naszego Zbawiciela Chrystusa Jezusa, który pokonał (zniszczył, unieważnił, obalił, obezwładnił, pokonał, zgładził – w innych przekładach) śmierć i skierował nas ku życiu wiecznemu przez Ewangelię. – 2 List do Tymoteusza 9-10; Czy ktoś kto jest pokonany, zniszczony, obalony ma jakiś majestat? Możemy przytoczyć jeszcze List do Hebrajczyków (2:14): Ponieważ zaś dzieci uczestniczą we krwi i w ciele, dlatego i On także bez żadnej różnicy stał się ich uczestnikiem, aby przez śmierć pokonał tego, który dzierżył władzę nad śmiercią, tj. diabła.
  Zaś Objawienie Jana (20:14) zapowiada: Następnie śmierć razem ze swoim królestwem została wrzucona do ognistego jeziora. Jaki majestat ma ktoś, o kim już wiadomo, że ma taką „świetlaną” przyszłość wraz z królestwem, którym dziś rządzi?
  To bowiem, co zniszczalne, musi przyoblec niezniszczalność, i to, co śmiertelne, przyoblec nieśmiertelność. A gdy już to, co zniszczalne, przyoblecze niezniszczalność, i to, co śmiertelne, nieśmiertelność, wówczas wypełni się słowo zapowiedzi: Zwycięstwo wchłonęło śmierć! Gdzie jest, o śmierci, twój triumf? Gdzie jest, o śmierci, twe żądło? Żądłem śmierci jest oczywiście grzech, mocą zaś grzechu — Prawo. Bogu jednak dzięki! On darzy nas zwycięstwem przez naszego Pana, Jezusa Chrystusa. – 1List do Koryntian 15:53-57
  Dla czytelnika Słowa Bożego mówienie o majestacie śmierci jest całkowicie niezrozumiałe, ponieważ w wielu miejscach mówi ono o czymś wręcz przeciwnym. Skąd więc ten termin? Majestat to także coś co budzi nasz respekt czy nawet strach, lęk. Majestat wydaje się czymś, wobec czego jesteśmy bezsilni. No tak, tylko że tak śmierć mogą traktować chyba jedynie ci, którzy nie ufają temu, co o śmierci mówi Biblia (chociażby w przywołanych cytatach).
  I tu dochodzimy do sedna. Naturalny człowiek boi się śmierci i uważa ją za nienaruszalny, niepodważalny Koniec. To w jego oczach jest ona tym poważnym, dostojnym, silnym majestatem.
Ten, kto narodził się z Boga wie już, że skoro dzieci Boże są ludźmi z krwi i kości, On również przybrał ludzkie ciało, aby przez śmierć pokonać tego, który miał nad nią władzę – szatana. W ten sposób mógł wyzwolić ludzi, którzy przez całe życie byli zniewoleni strachem przed śmiercią. - List do Hebrajczyków 2,15; Strach przed śmiercią – tylko on może być źródłem takiego nabożnego lęku.  Ofiary oprawców, przetrzymywane przez nich długo w niewoli i karmione strachem często mówią, że ich prześladowcy wydawali im się obdarzeni charyzmą i majestatem, bo wydawali się niepokonani, „nie do ruszenia”. Ale my już nie mamy podstaw by tak myśleć o śmierci.

18 października 2019

Dzisiaj, teraz!

  Trudno chyba znaleźć wierzącego biblijnie chrześcijanina, który nie spotkałby się choć raz jeśli nie z agresją to przynajmniej ze zdziwieniem i niezrozumieniem gdy głosił ewangeliczną prawdę o życiu wiecznym i zbawieniu. Nie, nie tylko, że będzie ono dostępne w przyszłości. Z tym większość nominalnych chrześcijan zgodzi się ochoczo, dodając, że będzie to dla tych, którzy spełnią określone warunki.
  Nie, każdy kto czyta, rozumie i zachowuje słowa Ewangelii wie, że ma już DZISIAJ życie wieczne. Dlaczego? To proste – bo Jezus jest tym życiem. Jezus odpowiedział: Ja jestem drogą, prawdą i życiem. Nikt nie przychodzi do Ojca inaczej, jak tylko przeze Mnie. – Ew. Jana 14,6; A takie jest to świadectwo. że żywot wieczny dał nam Bóg, a żywot ten jest w Synu jego. Kto ma Syna, ma żywot; kto nie ma Syna Bożego, nie ma żywota. To napisałem wam, którzy wierzycie w imię Syna Bożego, abyście wiedzieli, że macie żywot wieczny. - 1 list Jana 5:10-13 Czas teraźniejszy jest tu bardzo ważny. Jeżeli DZISIAJ mamy Jezusa w swoim życiu, DZISIAJ mamy dzięki niemu pełnię życia, które w Nim trwać będzie wiecznie.
  My wiemy, że przeszliśmy ze śmierci do żywota, bo miłujemy braci; kto nie miłuje, pozostaje w śmierci. - 1 list Jana 3:14; Ja przyszedłem, aby owce miały życie i to życie w całej pełni. – Ew. Jana 10,10. Czy „życie w pełni” oznacza życie w przyszłości, kiedyś tam? To już nie byłoby „w pełni”.
  Już nie pozostajemy w śmierci. Mówi o tym Biblia, ale potwierdza to też doświadczenie każdego narodzonego na nowo chrześcijanina, który został ożywiony duchowo do społeczności z Bogiem. Po to właśnie musimy narodzić się na nowo, do ŻYCIA. Oddawajcie siebie raczej Bogu, jako ożywieni z martwych. – wzywa nas apostoł Paweł w Liście do Rzymian 6,13
  Czytamy bowiem: W czasie przychylności wysłuchałem cię i w dniu zbawienia pomogłem ci. Właśnie TERAZ jest ten czas przychylności! TERAZ jest dzień zbawienia! – 2 List do Koryntian 6,2

12 września 2019

„Nie dajmy się zwariować!”

  Z podobnym wyrażeniem spotykamy się najczęściej kiedy jego autor chce „otrzeźwić” uczestników jakiejś dyskusji, w której pojawiają się głosy wzywające do pewnego radykalizmu. „Nie dajmy się zwariować, nie można dawać posłuchu jakimś oderwanym od życia radykałom” – słyszymy wtedy. I często takie otrzeźwiające głosy są jak najbardziej na miejscu w gorących dyskusjach np. o ekologii, zdrowym trybie życia czy o teoriach spiskowych.
  Jeżeli takie zdanie pojawia się jednak w ustach chrześcijanina w dyskusji dotyczącej naśladowania Pana Jezusa to budzi to co najmniej mój niepokój. Ostatnio byłem świadkiem podobnej wymiany zdań na Facebooku. Ot, niewinny z pozoru wpis o wyjeździe wakacyjnym i perspektywie odpoczynku „od wszystkiego” spowodował komentarze chrześcijan, zwracających uwagę autorce, że „jasne, ale nie od Boga” i „mam nadzieję, że zabrałaś ze sobą Biblię”. Czepiający się złośliwcy – można by pomyśleć. Ale komentatorzy po prostu dobrze znali autorkę i jej letnie podejście do chrześcijaństwa. I wyszło szydło z worka – z obfitości serca przemówiły usta. Szczęśliwa odpoczywająca wreszcie wczasowiczka sypnęła przekleństwami i nienawiścią pod adresem adwersarzy. No i oczywiście – pojawiło się sakramentalne „nie dajmy się zwariować”. Czyli – nie przesadzajmy, nie bądźmy dziwacznymi radykałami, miejmy tolerancję dla siebie itp.
  Jakoś tak się dziwnie składa, że podobnych słów nie słyszałem NIGDY z ust wielkich mężów Bożych, od chrześcijan, którzy wydają świadectwo bliskiego życia z Bogiem, od braci i sióstr pełnych miłości braterskiej i zawsze gotowych do pomocy i wsparcia…
  Takie słowa są zawsze wymówką by nie iść na 100 procent za Jezusem. Znamienne jest tu użycie liczby mnogiej, co rozmywa odpowiedzialność na nieokreślone „my”. Ale to przecież JA będę rozliczany z posłuszeństwa Jezusowi, z realizowania w swoim życiu radykalnych wezwań Ewangelii. Masz zatem kochać Pana, swojego Boga, całym swoim sercem, z całej swojej duszy, każdą swoją myślą i ze wszystkich swych sił. (Ew. Marka 12, 30); Kto kocha ojca lub matkę bardziej niż Mnie, nie jest Mnie wart. I kto kocha syna lub córkę bardziej niż Mnie, nie jest Mnie wart. Kto nie bierze swojego krzyża i nie idzie za Mną, nie jest Mnie wart. Kto w pierwszym rzędzie zabiega o swoją duszę, zgubi ją, a kto zgubi swoją duszę ze względu na Mnie, odnajdzie ją. (Ew. Mateusza 10, 37-39)
  Czy Jezusowi również odpowiemy „No nie, nie dajmy się zwariować…” ?

8 września 2019

Dylemat wolnego czasu

  Ostatnie dwa miesiące spędziłem z nogą w gipsie i moja aktywność fizyczna ograniczona została z dnia na dzień do kuśtykania o kulach od okna do okna. Był to dość brutalny wstrząs dla kogoś komu ciężko było usiedzieć długo w domu, kto (zwłaszcza od roku) z trudem brał pod uwagę, że przez kilka dni z rzędu może nie wsiąść choćby na pół godziny na rower. I nagle okazało się, że tak da się żyć. Co więcej, że taki tryb życia całkowicie akceptuję.
  Dlaczego było to możliwe? Po pierwsze dlatego, że wiem z absolutną pewnością, że moja kontuzja była skutkiem Bożego działania – więcej, Bożej opieki nade mną (i szczegóły tego nie są tematem tego artykułu). To w oczywisty sposób sprawia, że jako chrześcijanin akceptuję ten Boży wyrok czy raczej w tym przypadku łaskę.
  Po drugie - przymusową abstynencję od aktywności fizycznej odczytałem i odczytuję coraz wyraźniej jako Bożą odpowiedź na moje coraz silniejsze wątpliwości. Począwszy od późnej wiosny, gdy temperatura zaczęła przekraczać kilkanaście stopni a wiatr nie był zbyt dojmujący, starałem się codziennie przynajmniej na pół godzinki wsiąść na dwa kółka i choćby przemierzyć trasę do oddalonego o kilka kilometrów parku.
  Sprawiało mi to też coraz większą frajdę, czułem się też coraz lepiej dzięki tym bardzo skromnym ale dość regularnym „treningom”. Jednak jednocześnie coraz bardziej doskwierało mi uczucie braku czasu dla Boga – lektura Biblii wydawała mi się coraz częściej zdawkowa i mało satysfakcjonująca a „najważniejsza” wieczorna modlitwa, którą praktykowałem „od zawsze” stawała się jakby coraz krótsza i płytsza, pozbawiona radości rozmowy z Ojcem. Wszystko podpowiadało mi, że winne temu są moje przejażdżki rowerowe, jednak spierałem się intensywnie z tymi moimi myślami. Przede wszystkim – argumentowałem – to w tygodniu najczęściej tylko 20-30 minut dziennie (jeżeli już pogoda pozwala). Takie pół godzinki nie jest przecież w stanie okraść mnie realnie z niczego! Aby ostatecznie uspokoić moje sumienie starałem się zabierać ze sobą na przejażdżki psalmy albo chrześcijańskie książki i zaglądać do nich w czasie krótkich odpoczynków.
  Skończyło się gipsem i skończyły się moje dyskusje wewnętrzne. Dwa miesiące z prawą nogą ważącą według moich odczuć dwa razy tyle co normalnie pokazały mi, że wcale nie muszę codziennie przejechać się ani przebiec by czuć się świetnie. Że mogę spędzać całe dnie na lekturze Biblii i tych książek chrześcijańskich, na które zawsze brakowało mi czasu a także na niczym nie limitowanym czasie ze Słowem Bożym. Ale najważniejsze było odkrycie na nowo radości płynącej z modlitwy, która nie jest ograniczana faktem, że już przecież trzeba iść spać bo rano do pracy. Oczywiście, ktoś mógłby powiedzieć, że dobrze mi tak mówić, bo przecież faktycznie nie musiałem wtedy wstawać o szóstej z racji zwolnienia lekarskiego. Oczywiście, ale zrozumiałem też, że nie tutaj tkwi sedno.
  A zatem gdzie? Czy jako chrześcijanin powinienem wyrzec się przejażdżek rowerowych a nawet w przypływie radykalizmu sprzedać sprzęt? Jak miałem pogodzić z sobą to, co wydawało mi się nie do pogodzenia? Dwa miesiące to dużo czasu i jeżeli człowiek pozwala Bogu przemawiać i otwiera swoje uszy to może przez ten czas sporo usłyszeć.
  Tak naprawdę dotykamy tutaj dylematu, który w mniejszym lub większym stopniu obecny jest w każdym dojrzałym chrześcijaninie. Ile czasu mam (jestem w stanie, powinienem) poświęcać codziennie dla Boga (wliczając w to czytanie Biblii, modlitwę, rozważania Słowa, słuchanie kazań itp.) a ile mogę (znamienna różnica w czasownikach) poświęcić na rozrywki, sport, wycieczki itp.? Czasami ten dylemat może nawet pozostawać niewyartykułowany ale najczęściej jest obecny.
Wielki misjonarz Hudson Taylor kiedy przygotowywał się do swojej służby w Chinach i wytrwale studiował medycynę zobaczył z przerażeniem, że dominuje to w jego rozkładzie dnia i w jego myślach. Powziął postanowienie, że co najmniej tyle czasu co na studia będzie poświęcał na Słowo Boże i modlitwę. Piękne, ale czy mamy takie osobiste decyzje i prowadzenie dogmatyzować? Czy powinienem odczuwać wyrzuty sumienia za każdym razem, gdy jadę na wycieczkę albo włączam mecz w telewizji?
  Nie sposób przecież przejść obojętnie wobec słów, które sam Pan Jezus nazwał najważniejszym przykazaniem: „Masz zatem kochać Pana, swojego Boga, całym swoim sercem, z całej swojej duszy, każdą swoją myślą i ze wszystkich swych sił.” (Ew. Marka 12, 30 – przywołanie słów z 5 Ks. Mojżeszowej 6, 5). Choć jesteśmy „nie pod zakonem ale pod łaską” (List do Rzymian 6, 14) to przecież te słowa nas zobowiązują, bo wskazują na to co podoba się naszemu Bogu, czego On oczekuje po postawie Swoich dzieci. Czy zatem traktować to dosłownie i spędzać całe dnie na kolanach i z Biblią w ręku?
  Ja zrozumiałem (doczytałem się na nowo w Słowie Bożym), że Bogu należne są pierwociny. Że zostawianie resztek (w moim przypadku resztek sił, czasu, ochoty) nieuchronnie prowadzi do rozczarowania i do niczego dobrego. Dlatego efektem mojego dwumiesięcznego bliskiego kontaktu z gipsem są pewne przemyślenia ale także konkretne postanowienia – najpierw modlitwa, najpierw Biblia (i to nie lektura „po łebkach”) i rozmyślanie nad Słowem a dopiero potem wszystko inne. Ale także wniosek, że poświęcanie Bogu każdej mojej myśli i wszystkich moich sił nie wyklucza jakiejkolwiek „nieświętej” aktywności. Warto przypomnieć tu wezwanie apostoła Pawła „Nieustannie się módlcie” (1 List do Tesaloniczan 5,17). Przecież Paweł nie wzywał do ciągłego życia na kolanach ale do pewnej postawy serca. I to ona właśnie jest kluczem do życia, które podoba się Jezusowi, do rozwiązania „dylematu wolnego czasu”.

14 marca 2019

Lekcja


  Ponieważ mam śladowe objawy klaustrofobii to prawdziwym problemem jest dla mnie wyobrażanie sobie realiów księgi Jonasza. Słowo Boże, podobnie jak w wielu opisywanych historiach jest tu bardzo lakoniczne. Nad ciągiem obrazów: sztorm, wrzucenie do morza, ryba, brzeg morski przechodzimy niemal na jednym oddechu. Ale zatrzymajmy się na chwilę. Jak duży mógł być żołądek ryby, która połknęła Jonasza? Jak tam pachniało i co otaczało proroka? Jak łatwo można było oddychać? Ciasna, śmierdząca, pełna odpadków pływająca trumna - to chyba najbardziej adekwatne porównanie. W takich okolicznościach nie wpaść w panikę - to chyba graniczy z niemożliwością… Prawdopodobieństwo wyjścia cało z takiego miejsca wydaje się niemal równe zeru.
  Trudno chyba o bardzie radykalną, trudną i - powiedzmy to wprost - okrutną lekcję. Próbuję przedstawić te obrzydliwe i straszliwe realia tylko po to, by uświadomić nam, że WSZELKIE lekcje, przez które przeprowadza nas Pan są niczym wobec lekcji Jonasza. Jak widać okazała się ona skuteczna, Jonasz po wypluciu przez rybę posłusznie poszedł do Niniwy. W żołądku ryby wytrawione zostało jego nieposłuszeństwo. A ja Tobie ofiary składam, Ciebie chcę głośno wysławiać. Pragnę też wypełnić to, co ślubowałem, bo ocalenie przychodzi od Pana. Wtedy Pan wydał rozkaz, żeby ryba wyrzuciła Jonasza na ląd. – Jonasza 2, 10-11. Wtedy, gdy praca została wykonana. Warto pamiętać, że Jonasz od początku wiedział „o co chodzi” Bogu, wiedział chociażby, że to z powodu jego nieposłuszeństwa sroży się sztorm.
  Ale co oczywiste to lekcja także dla nas. Choć bez topienia się w wielorybich sokach żołądkowych i bez wodorostów oplatających naszą szyję często ciężko nam się czegoś nauczyć to jednak wierzę, że ta opisana historia ma być „zamiast” i że Bóg „wierzy”, że z samego przeczytania tej historii wyciągniemy właściwe wnioski. Czy te wnioski trwale wpłyną na naszą wiarę? Odpowiedzi na to pytanie dostarcza niestety sam Jonasz, który niedługo po traumatycznym podwodnym epizodzie wściekał się na to, że słońce piecze go w głowę gdy usechł krzew, dający mu cień. I może dlatego najczęściej sami musimy przechodzić przez trudne doświadczenia.
  Sam nie wiem czy wolałbym lekcję Jonasza czy Joba. Oba doświadczenia należą do gatunku tych, które mądrzy psycholodzy określają jako „graniczne”. Utrata całego dobytku, pozycji społecznej, rodziny i zdrowia (o przyjaciołach nie wspominając), ból przeszywający i rujnujący ciało kontra tydzień w pływającej trumnie? Doświadczenie, przez które został przeprowadzony Job wydaje się niczym więcej niż tylko testem, sprawdzeniem, czy Job nadal będzie chwalił Boga gdy zostanie pozbawiony WSZYSTKIEGO. Ale jak wiemy z Biblii na teście się nie skończyło. Tylko ze słyszenia wiedziałem o tobie, lecz teraz moje oko ujrzało cię. - wyznał po wszystkim Job (42,5). I wiemy, że wolą Boga jest abyśmy wszyscy doszli do tego punktu.
  Skupiam się na tych dwóch historiach, ponieważ są dla mnie najbardziej spektakularne i dotykające mnie osobiście, choć oczywiście w Słowie Bożym znaleźlibyśmy wiele innych historii, kiedy to Bóg uczył ludzi poprzez trudne doświadczenia. Hiskiasz, Saul, Dawid, Paweł - to pierwsze postaci, jakie przychodzą mi na myśl. Jedni zdawali egzamin celująco, inni oblewali. Gdyż jestem świadom swych przestępstw, mój grzech mam wciąż przed oczami. Przeciwko Tobie samemu zgrzeszyłem, popełniłem zło w Twoich oczach, słuszne jest Twe napomnienie, jesteś bez zarzutu w swoim sądzie. (…) A dla Ciebie milsza jest prawda skryta na dnie duszy — dlatego dałeś mi lekcję głębokiej mądrości. – pisał król Dawid w psalmie 51. Oni wszyscy są lekcją dla nas.
  A najważniejszą składową tej lekcji jest to, że czas próby powinien być czasem modlitwy ale także refleksji. Skoro Bóg w piecu doświadczeń chce wytopić z nas czyste srebro i złoto to trzeba pytać do czego te kruszce mamy użyć. Jeżeli wciąż nie wiemy to jak możemy oczekiwać, że wytapianie się zakończy? Bóg nie porzuci rozpoczętej pracy w połowie, za bardzo nas kocha jako swoje dzieci.
  Kilka lat temu przeżywałem niesamowicie trudny, kilkumiesięczny czas w pracy, związany z niesprawiedliwymi oskarżeniami i mobbingiem. Oczywiście przede wszystkim modliłem się wówczas o to, by ta sytuacja nie do zniesienia zakończyła się wreszcie. Ale w pewnym momencie zdałem sobie sprawę dlaczego tak się dzieje, bo pytałem także o to nieustannie mojego Pana. Wiedziałem już co powinno się we mnie zmienić. W końcu stanąłem przed zborem i złożyłem świadectwo ufności w Bożą miłość i w to, że Pan chce dla mnie wszystkiego co najlepsze, także w tym trudnym czasie. Pamiętam, że cytowałem wtedy słowa apostoła Pawła z Listu do Rzymian Chlubimy się też uciskami, wiedząc, że przeciwności wyrabiają wytrwałość, a wytrwałość siłę charakteru; siła charakteru nadzieję (5,3-4) . Pamiętam także, jak brat prowadzący wówczas nabożeństwo podsumował moje świadectwo dalszym ciągiem tego cytatu: … a nadzieja nie zawodzi. No i nie zawiodła, moja lekcja zakończyła się już kilka dni później.
  To oczywiście Boża łaska, że dał mi tak wniknąć siebie, że mogłem zobaczyć to co On chciał mi pokazać. Ale w przypadku każdego doświadczania Bożych mężów, opisanego w Biblii widzę ten właśnie mechanizm - uczenia. Bóg nie działa na oślep, nie rani nas bez sensu. Chodzi o lekcję. W czasie każdej lekcji mamy się przecież czegoś konkretnego nauczyć. I trzeba to rozpoznawać.

28 stycznia 2019

Życie świra

  Wczoraj obejrzałem „Dzień świra” Marka Koterskiego. Zupełnie nie planowałem tego seansu, mając nikłe przebłyski pamięci z oglądania tego filmu w 2002 roku, wkrótce po jego premierze kinowej. Choć pamiętałem, że nieźle się wtedy bawiłem, to nie miałem w ogóle zaufania do tamtego mnie sprzed lat i moich ówczesnych odczuć. Przecież dopiero kilka lat potem postanowiłem pójść za Jezusem i podporządkować Jemu całe swoje życie.
  Ale przypadkowo włączony film zaczął mnie wciągać. Zacząłem przypominać sobie jak szesnaście lat temu śmiałem się z natręctw i głupoty Adasia Miauczyńskiego, jak identyfikowałem wokół siebie postaci podobne do przedstawionych w filmie. Tylko, że tym razem nie było mi do śmiechu. Reżyser bezbłędnie i okrutnie postawił diagnozę współczesnego człowieka, żyjącego bez Boga. W setkach już chyba recenzji, których dorobił się ten znakomity skądinąd film, nie znajdziemy jednak takiego stwierdzenia. Przeczytamy, że to obraz niespełnionego, niemal pięćdziesięcioletniego inteligenta z przerostem ambicji, którego życie osobiste i kariera zawodowa okazały się porażkami, niedojrzałego emocjonalnie. Tak to rzeczywiście wygląda na poziomie realiów.
  Ale oglądając ten film ponownie już jako narodzony na nowo człowiek widziałem, że charakter, dzieje, relacje głównego bohatera można przypisać każdemu człowiekowi, którego jedynym horyzontem jest doczesność. Miauczyński mieszka w niewielkim mieszkanku na blokowisku, nienawidzi wszystkich, zarówno sąsiadów jak współpracowników czy ludzi przypadkowo spotykanych w sklepie czy autobusie. Nienawidzi tak naprawdę swojej matki, od której nadopiekuńczości nie może i nie chce się uwolnić, nienawidzi swojej byłej żony. Miauczyńskiego napędza nienawiść a jednocześnie go wykańcza. Jest notorycznie zmęczony i wypalony. Nienawiść dopada go także na urlopie na dzikiej plaży, gdzie skupia się nawet na przypadkowej mewie. Nigdy nie słyszał słów Jezusa Przyjdźcie do Mnie wszyscy zapracowani i przeciążeni, Ja wam zapewnię wytchnienie. – Ewangelia Mateusza 11, 28
  Oglądając film było mi coraz bardziej smutno. Odwrotnie niż przed kilkunastu laty, kiedy to bawiłem się coraz lepiej. Choć zdawałem sobie przecież wówczas sprawę, że film w dużej mierze jest także o mnie to uznawałem (jak przypominam sobie), że to nieuchronne, że nie da się tak naprawdę żyć inaczej i że tak żyją wszyscy. Bo nawet, jeżeli komuś w życiu super się powiodło to przecież tkwiąca w nim nienawiść i rozgoryczenie jest tylko uśpione. Dobrze znamy historie bogaczy i celebrytów, traktujących bez litości swoich służących, upijających się i staczających aż do samobójstwa wśród narkotyków. I dopiero po latach przeczytałem, że to prawda, bo bezbożni są jak wzburzone morze, które nie może się uspokoić, a którego wody wyrzucają na wierzch muł i błoto. Nie mają pokoju bezbożnicy — mówi mój Bóg. – Księga Izajasza 57. 20-21
  Dziś przypomina mi się stwierdzenie jednego z kaznodziejów, że po narodzeniu na nowo płaczemy nad tym, z czego wcześniej śmialiśmy się i na odwrót. Tak, to prawda. A ja smuciłem się wczoraj także z powodu mojego ówczesnego stanu. Byłem taki sam jak Adaś Miauczyński, choć młodszy i pewnie lepiej maskujący się. Niegdyś postępowaliście według zwyczaju tego świata i według władcy, który rządzi w powietrzu, ducha, który teraz działa w synach nieposłuszeństwa. Wśród nich i my wszyscy żyliśmy niegdyś w pożądliwościach naszego ciała, czyniąc to, co się podobało ciału i myślom, i byliśmy z natury dziećmi gniewu, jak i inni. Lecz Bóg, który jest bogaty w miłosierdzie, z powodu swojej wielkiej miłości, którą nas umiłował; i to wtedy, gdy byliśmy umarli w grzechach, ożywił nas razem z Chrystusem, gdyż łaską jesteście zbawieni – List apostoła Pawła do Efezjan 2, 2-5; Bo i my byliśmy niegdyś bezrozumni, niewierni, błądzący, wszelakim pożądliwościom i rozkoszom oddani, żyliśmy w złości i w zazdrości, jedni drugim nienawistni i nienawidzący jedni drugich. Ale oto okazała się dobroć i łaskawość Boga, Zbawiciela naszego. Zbawił nas nie dla uczynków sprawiedliwych, które dokonaliśmy, ale z miłosierdzia swego przez obmycie odrodzenia i odnowienia w Duchu Świętym. – List do Tytusa 3, 3-5
  Chwała Bogu, dziękuję Mu, że wyrwał mnie z tego życia świra!
  Najstraszniejsze jest to, że w świecie Miauczyńskiego był Jezus. To imię pojawiało się w jego ustach, co prawda w towarzystwie przekleństw, a w przedpokoju jego mieszkania wisiał krzyż. Przed wyjazdem z domu Adaś całował stopy wiszącej na nim figurki „Jezuska” jak mówił. Ale najbardziej przejmująca była dla mnie scena symbolicznej „modlitwy nienawiści”, którą stojący na balkonach lokatorzy zanosili chóralnie do… Boga (a przynajmniej tak im się wydawało). Modlitwy w której życzyli wszystkim wszystkiego… najgorszego.
  Kilkanaście lat temu nie wyciągnąłem z tego filmu właściwych wniosków. Pozwolił mi tylko poczuć się na chwilę lepiej jako komuś rzekomo lepszemu niż Miauczyński, karmiącemu się „intelektualną rozrywką”, mającemu „dystans” do tego co mnie otacza. Ale nie przejąłem się wtedy prawdą, że krzyż wiszący na ścianie i wieczorna modlitwa nieodrodzonego serca w niczym nie mogą pomóc. Dopiero kilka lat potem inna opowieść, opowieść o prawdziwym Jezusie, który umarł za mnie na prawdziwym krzyżu przemieniła mnie.

5 listopada 2018

Oni się tu urodzili


  Jednym z moich ulubionych fragmentów Słowa Bożego jest trzeci rozdział Ewangelii Jana. Jest w nim opisana m.in. rozmowa Jezusa z Nikodemem, w której Pan bezpardonowo przerwał grzecznościowe formułki swego gościa i zaczął mówić o konieczności narodzenia na nowo. Odpowiadając Jezus, rzekł mu: Zaprawdę, zaprawdę, powiadam ci, jeśli się kto nie narodzi na nowo, nie może ujrzeć Królestwa Bożego. Rzekł mu Nikodem: Jakże się może człowiek narodzić, gdy jest stary? Czyż może powtórnie wejść do łona matki swojej i urodzić się? Odpowiedział Jezus: Zaprawdę, zaprawdę, powiadam ci, jeśli się kto nie narodzi z wody i z Ducha, nie może wejść do Królestwa Bożego. Co się narodziło z ciała, ciałem jest, a co się narodziło z Ducha, duchem jest. Nie dziw się, że ci powiedziałem: Musicie się na nowo narodzić. Wiatrwieje, dokąd chce, i szum jego słyszysz, ale nie wiesz, skąd przychodzi i dokąd idzie; tak jest z każdym, kto się narodził z Ducha. Odpowiedział Nikodem i rzekł do niego: Jakże to się stać może? Odpowiedział Jezus i rzekł mu: Jesteś nauczycielem w Izraelu, a tego nie wiesz? [Ewangelia Jana 3, 3-10]
  Mimo, że tak bardzo lubię ten fragment i czytałem go wielokrotnie to tak samo często przechodziłem do porządku dziennego nad ostatnim pytaniem. Ale ostatnio zacząłem zadawać sobie pytanie – skąd biedny Nikodem miał wiedzieć jako nauczyciel Prawa, jak można się narodzić na nowo? Czy przygana Jezusa była słuszna i zasadna?
  Bóg jest dobry. Nie musiałem czekać długo by dostać odpowiedź. Kiedy ostatnio czytałem psalm 87 zobaczyłem wyraźnie o czym on mówi. Bramy Syjonu, miłuje Pan bardziej niż wszystkie siedziby Jakuba, chwalebne rzeczy mówi się o tobie, Miasto Boże. Sela. Rahab i Babilon zaliczę do wyznawców moich; Również Filistea i Tyr wraz z Etiopią powiedzą: oni się tu urodzili. A o Syjonie mówić się będzie: Wszyscy co do jednego w nim się urodzili, a On, Najwyższy, utwierdzi go. Pan zapisze w księdze ludów: oni się tu urodzili. Sela. Śpiewać będą w pląsach: Wszystkie me zdroje są w tobie. [Psalm 87, 2-7].
  Oto okazuje się, że nieprzyjaciele oraz zdeklarowani wrogowie Izraela urodzili się w Ziemi Świętej, ba w Mieście Boga i są wyznawcami Boga Jahwe! Ależ to nieprawda – mówi nam rozum powołując się na bezsporne fakty. Odwieczni wrogowie Izraela Filistyni czy Babilon, który więził naród wybrany w swoich murach? Przecież fizycznie jest to nieprawda a w przypadku odległych Etiopii czy Babilonu po prostu niemożliwe. A jednak psalm wyraźnie mówi, że sam Bóg potwierdzi to i zapisze w księdze.
  Nikodem z pewnością czytał ten psalm, ba – pewnie znał go na pamięć. Co z niego rozumiał? Pewnie niewiele, podobnie jak ja do niedawna. Dzisiaj wiem, że to co opisuje psalm możliwe jest tylko w jednym przypadku – w przypadku narodzenia na nowo. Nawet najwięksi wrogowie mogą stać się braćmi tych, którzy zostali wcześniej już wybrani przez Boga na Jego lud, kiedy tylko urodzą się jeszcze raz w tej samej Bożej rodzinie. Tylko wtedy wszyscy mogą śpiewać, że wszelkie źródła mają w Panu.
  Trudno było o większego wroga Ewangelii niż Saul. Jestem Żydem, pochodzę z Tarsu w Cylicji, lecz wychowałem się tutaj, w tym mieście; w szkole Gamaliela uczyłem się pilnie ojczystego prawa i byłem tak gorliwy dla sprawy Bożej, jak wy dziś jesteście. Prześladowałem aż na śmierć wyznawców Jezusa, ścigałem i wtrącałem do więzienia tak mężczyzn, jak i kobiety. [Dzieje Apostolskie 22,3-4]. Tak właśnie opowiadał o sobie już po tym, jak narodził się na nowo jako Paweł. Po przybyciu do Jerozolimy Saul starał się przyłączyć do uczniów. Wszyscy się go jednak bali. Nikt nie chciał uwierzyć, że stał się uczniem. [Dzieje 9, 26] – nikt nie wierzył, że taki łotr może narodzić się na nowo i czerpać już wszystkie źródła z Pana.
  Znamy dobrze nie tylko historię Pawła ale także wielu współczesnych nam zaprzysięgłych wrogów Pana, złodziei i morderców, z których Pan uczynił łagodne owieczki i pasterzy. A jednak tak ciężko przychodzi nam zobaczyć, że On zapowiedział to już kilkaset lat zanim Słowo stało się ciałem. Alleluja!

3 października 2018

Religia i wiatr

  Postać kapłana Helego niezmiennie intryguje wnikliwych czytelników Biblii. Najczęściej zwracamy jednak uwagę na jego stosunek do swoich dwóch synów, którzy również służyli w świątyni. Dotarło przy tym do niego, co jego synowie wyczyniali w Izraelu. Wiedział też o tym, że sypiali oni z kobietami, które według ustalonego porządku służyły u wejścia do namiotu spotkania. Upominał ich: Dlaczego dopuszczacie się tych niegodziwości, o których słyszę od całego ludu? Nie, moi synowie, niedobrą to wieść rozpowszechnia — jak słyszę — lud PANA. - 1 Księga Samuela 2,22-24; Pewnego razu przybył do Helego mąż Boży. Tak mówi PAN — powiedział. — Objawiłem się wyraźnie rodowi twojego ojca w czasie jego pobytu w Egipcie, gdy byli poddani władzy faraona. Wybrałem go sobie spośród pozostałych plemion Izraela na kapłana, aby składał na moim ołtarzu ofiary, spalał kadzidło i nosił przede Mną efod. Rodowi twojego ojca przekazałem też wszystkie wdzięczne dary synów Izraela. Dlaczego pogardziliście składaną mi ofiarą rzeźną oraz ofiarą z pokarmów, które nakazałem składać w moim przybytku? Twoi synowie są dla ciebie ważniejsi ode Mnie! Tuczycie się pierwocinami ofiar z pokarmów składanych przez Izrael, mój lud! - 1 Księga Samuela 2,27-29
  Ale postać Helego powinna być dla nas ostrzeżeniem jeszcze w innym wymiarze niż tylko w kwestii karcenia zachowania naszych dzieci. O tym jak wielka godność została powierzona rodowi kapłańskiemu, do którego należał także Heli czytamy już w powyższej wypowiedzi proroka. Heli był kapłanem, miał wyjątkową godność i służbę, która zakładała nie tylko absolutne poświęcenie się Bogu ale także szczególną społeczność z Nim.
  Heli WIEDZIAŁ że Bóg jest żywym Bogiem i że przemawia do swoich sług. Widać to wyraźnie po jego reakcji na zachowanie młodego Samuela na Boży głos. Heli zapytał: Co On ci oznajmił? Proszę, nie ukrywaj tego przede mną. Niech Bóg postąpi z tobą choćby najsurowiej, jeśli ukryjesz przede mną nawet jedno słowo z tego wszystkiego, co Bóg ci oznajmił. I Samuel przekazał mu wszystko. Niczego przed nim nie ukrył. To PAN — stwierdził Heli. — Niech czyni, co uzna za słuszne. - 1 Księga Samuela 3,17-18. Wiedział, ale sam nigdy nie słyszał Jego głosu.
  Nasz kapłan miał serce dla Pana. Kiedy Filistyni zdobyli w bitwie Arkę Przymierza tak się przejął tym, że dostał ataku serca. W czasie walk pewien Beniaminita wyłamał się z szeregu i jeszcze tego dnia przybył do Szilo. Szaty miał rozdarte i grudki ziemi we włosach. Gdy przyszedł, Heli siedział właśnie na krześle przy drodze. Czekał niecierpliwie, gdyż martwił się o skrzynię Bożą. Gdy człowiek z pola walki wpadł do miasta, by donieść, co się stało, ludzie podnieśli krzyk. Heli usłyszał ten odgłos: Co to za zgiełk? — zapytał. Beniaminita przybiegł i doniósł Helemu o wszystkim. Heli miał wówczas dziewięćdziesiąt osiem lat. Jego oczy osłabły i nie mógł już widzieć. Przybyły doniósł: Przybywam prosto z szeregu, właśnie dziś stamtąd uciekłem. Heli zapytał: Więc jak tam się rzeczy mają, mój synu? Przybyły na to: Izrael uciekł przed Filistynami. Wojsko poniosło dotkliwą klęskę. Obaj twoi synowie, Chofni i Pinechas, nie żyją, a skrzynia Boża została zdobyta. Gdy Beniaminita wspomniał o skrzyni Bożej, Heli spadł z krzesła na wznak obok bramy, złamał kark i umarł. - 1 Księga Samuela 4,12-18
  Wygląda to wszystko bardzo chwalebnie. Ale czy Heli znał Boga? Był śmiertelnie (!) poważnie przekonany, że fakt, iż Skrzynia Świadectwa wpadła w ręce wroga jest czymś równym niemal końcowi świata. Tak naprawdę w głębi serca obawiał się najprawdopodobniej, że Bóg nie wyjdzie już cało z tej opresji...
  Ale w historii Helego jest jeszcze jedno wydarzenie, które kazało mi przyjrzeć się bliżej tej postaci. Kiedy Anna, przyszła matka Samuela modliła się, zasmucona swoim położeniem i przybita złym traktowaniem jej w domu, Heli postanowił zareagować. Gdy zjedli i wypili w Szilo, Anna wstała. Kapłan Heli siedział w tym czasie na krześle przy odrzwiach świątyni. Ona zaś z goryczą na duszy modliła się do PANA i rzewnie płakała. Złożyła przy tym ślub: PANIE Zastępów! Jeśli naprawdę wejrzysz na niedolę swej służącej, wspomnisz na mnie i nie zapomnisz o mnie, i jeśli dasz swej służącej męskiego potomka, to ja oddam go PANU po wszystkie dni jego życia i brzytwa nie dotknie mu głowy. A gdy tak długo modliła się przed PANEM, Heli śledził jej usta. Anna mówiła z serca, ledwie drżały jej wargi, nie wydawała głosu. Heli uznał, że jest pijana. Jak długo będziesz się upijać? — przyganił. — Skończ wreszcie z tym winem! Nie, mój panie! — wyjaśniła Anna. — Jestem kobietą znękaną na duchu. Wina ani piwa nie piłam. Wylałam przed PANEM swą duszę. Nie zaliczaj swej służącej do kobiet niegodziwych. Przez cały czas mówiłam z głębi mojej troski i wielkiego strapienia. – 1 Księga Samuela 1,9-16
  Heli jak przystało na uczonego w Piśmie wiedział jak należy się modlić. Mądrzy rabini spisali już tak wiele modlitw, na każdą okazję i z nich należało korzystać. Ktoś, kto szepce sobie coś pod nosem nie modli się jak trzeba i z pewnością w ogóle się nie modli! Może na dodatek jest pijany! Czy czegoś nam to nie przypomina? A gdy nadszedł dzień Pięćdziesiątnicy, byli wszyscy razem zgromadzeni w jednym miejscu. Nagle od strony nieba dał się słyszeć szum. Był jak uderzenie potężnego wiatru. Wypełnił cały dom, w którym się zebrali.  Wówczas zobaczyli jakby języki ognia. Rozdzieliły się one i spoczęły na każdym z nich. Wszyscy zostali napełnieni Duchem Świętym i zaczęli mówić innymi językami, stosownie do tego, jak Duch im to umożliwiał. W Jerozolimie natomiast byli obecni religijni Żydzi, którzy przybyli z ziem zamieszkanych przez wszystkie narody pod niebem. Odgłos uderzenia wiatru przyciągnął cały tłum takich pielgrzymów. Każdy, kto przybył, był zdziwiony, że słyszy ich mówiących w jego własnym języku. Czy ci wszyscy, którzy mówią, nie są Galilejczykami? — pytali zaskoczeni i zdumieni. — Więc jak to się dzieje, że każdy z nas słyszy swój własny dialekt, w którym się urodził? My Partowie, Medowie, Elamici, mieszkańcy Mezopotamii, Judei, Kapadocji, Pontu, Azji,  Frygii, Pamfilii, Egiptu i tych części Libii, które leżą koło Cyreny, przybysze z Rzymu — zarówno Żydzi, jak i prozelici — Kreteńczycy oraz Arabowie — słyszymy ich, jak w naszych językach mówią o wielkich dziełach Boga. Wszyscy zatem, zaskoczeni i oniemiali, mówili jeden do drugiego: Co to wszystko znaczy? Ale byli i tacy, którzy drwili: Ci ludzie upili się młodym winem. – Dzieje Apostolskie 2,1-13
  Okazuje się, że bardzo uczony w Piśmie, namaszczony i dopuszczony do samego Miejsca Świętego kapłan miał takie samo poznanie Boga jak przypadkowi przechodnie na ulicach Jerozolimy. A dokładnie - nie miał żadnego poznania. Heli był bardzo religijnym człowiekiem, miał z pewnością cześć dla Stwórcy. Dużo wiedział o Bogu. Z pewnością przeczytał wiele mądrych ksiąg, wiedział, że Pan przemawiał do proroków, wiele słyszał o Jego cudach. Właśnie – czytał, wiedział, słyszał. Ale nigdy sam nie rozmawiał z Bogiem, nie słyszał Jego Głosu.
  Czego uczy mnie historia Helego? Po pierwsze - bycie religijnym człowiekiem niczego nie wnosi. Niezbędne są żywa wiara, żywa społeczność z Panem i wrażliwość na Jego działanie i słowa. Po drugie – by nie zamykać się w ciasnym kręgu zachowań, które uważamy za jedynie akceptowalne, co najczęściej także wiąże się z jakąś „religijnością” czy „kościelnictwem” (często sami tworzymy sobie takie listy akceptowalnych zachowań, niezależnie od Słowa Bożego). Nie chcę nigdy zapominać, że wiatr wieje, dokąd chce — słyszysz jego szum, ale nie wiesz, skąd nadciąga i dokąd zmierza; tak jest z każdym, kto się narodził z Ducha. – Ewangelia Jana 3,8

13 lipca 2018

Deklaracja podległości

  Niedawna rozmowa z bezdomnym człowiekiem, który od dłuższego czasu bezskutecznie szuka pracy skłoniła mnie na nowo do refleksji nad starotestamentowym zakazem tatuowania ciała. Nie będziecie nacinać ciała na znak żałoby po zmarłym. Nie będziecie się tatuować. Ja jestem Pan! [3 Księga Mojżeszowa 19,28] W tłumaczeniu Uwspółcześnionej Biblii Gdańskiej fragment ten brzmi: Nie będziecie robić żadnych nacięć na swoim ciele za umarłych ani czynić żadnego piętna na sobie.
  Dlaczego Pan nadał taki nakaz swojemu ludowi? Dla nas wydaje się on często całkowicie niezrozumiały. Sam kontekst wskazuje już na fakt rytuałów ku czci zmarłych, praktykowanych przez niektóre ludy sąsiadujące z Izraelem, ale to nie wszystko. Tatuowanie było także formą ozdabiania swojego ciała (w niektórych plemionach zwłaszcza u kobiet, a wiadomo, że Bóg zakazał Izraelitom zawierania z nimi małżeństw), ale przede wszystkim elementem bałwochwalczego kultu religijnego.
  Ten zakaz był skierowany do Izreala. Zdecydowanie nas nie obowiązuje, podobnie jak pozostałe zapisy Prawa. A jednak jako chrześcijanie czytamy i nie wyobrażamy sobie by nie czytać Starego Przymierza dlatego, że wszystkie jego księgi mówią nam bardzo wiele o naszym Ojcu, o Jego charakterze, upodobaniach, o tym czego nie znosi a nawet czym się brzydzi. Mimo, że nie będziemy rozliczani z przestrzegania tych przepisów powinniśmy z nich wyciągać wnioski jak podobać się naszemu Panu.
  Ale powróćmy do mojego bezdomnego i bezrobotnego rozmówcy. „Kiedy jakiś pracodawca porozmawia ze mną i zobaczy jak wyglądam szybko rezygnuje z zatrudnienia mnie” – żali się i pokazuje swoje wytatuowane przedramiona, kropki na placach dłoni. „Wiedzą, że to z więzienia” - dodaje.
  Decyzje powzięte w czasie więziennego epizodu aby podkreślić swą tożsamość „grypsującego” kolejnymi tatuażami, teraz przynoszą skutki. Decyzje chwili, prawdopodobnie podjęte pod wpływem więziennych kumpli, więziennego „honoru” i takiejż „etykiety” dziś powodują wykluczenie z normalnie funkcjonującego społeczeństwa. Ludzie decydujący się na to spisują na własnej skórze deklarację podległości wobec swojej złej przeszłości, potwierdzając w sposób widoczny dla wszystkich, że ma ona nieprzerwaną władzę nad nimi. Byłego bezrobotnego więźnia nie stać na wywabienie tatuaży, zresztą ten zabieg nigdy nie jest całkowicie skuteczny.
  Po to by „wywabić” na dobre znaki swojego starego życia trzeba narodzić się na nowo. I o dziwo dotyczy to także tatuaży. Mój kochany brat w Chrystusie Piotr Stępniak, nie tak dawno zabrany przez Pana z tego świata, spędził w więzieniach spory kawał życia a jego ciało pokryte było licznymi więziennymi tatuażami. Ale one znikały, bo jego nowe życie, nowe stworzenie zakrywało to wszystko, nie było jakby widać żadnych sinych linii i napisów. Znikały w zderzeniu ze światłem, jakie biło od Piotra. Mało tego, Pan obrócił to na Swoją chwałę - grypserskie tatuaże tylko pomagały Piotrowi w prowadzeniu intensywnej i owocnej ewangelizacji wśród więźniów. 
  I na tym polega uwolnienie, którego możemy doznać w Chrystusie. Jakiekolwiek najtrwalsze i niezmywalne znaki, najbardziej nieprzemyślane decyzje i deklaracje - wszystko traci swoją moc, blednie w zetknięciu ze Światłem, którym On jest.

9 lipca 2018

… a mrok nie był w stanie go pochłonąć

  To bardzo ważne, jakiego oni są wyznania! - usłyszałem wczoraj z ust pani psycholog, komentującej wydarzenia w zalanej wodą jaskimi w Tajlandii i zastanawiającej się nad kondycją psychiczną uwięzionych w niej chłopców. Przyznam, że nadstawiłem ucha, czekając czy też nie usłyszę czegoś o zbawiennej wierze w Jezusa Chrystusa. Oczywiście tak się nie stało, specjalistka rozpływała się za to nad zaletami buddyzmu, którego wyznawcami - jak większość mieszkańców tego kraju – są chłopcy. Zachwalała medytację i ćwiczenia oddechowe, które o oczywisty sposób rzekomo pomogą im w kryzysowej sytuacji.
  To oczywiste, że jako chrześcijanin zacząłem zastanawiać się jakby to było, gdyby tamci chłopcy byli chrześcijanami. Nie „osobami wyznania chrześcijańskiego”, zwyczajowo polanymi wodą jako niemowlęta i prowadzanymi co niedziela do kościołów ale CHRZEŚCIJANAMI, ludźmi narodzonymi na nowo, ochrzczonymi Duchem Świętym. Jak wtedy wyglądałaby ich postawa wobec otaczającej bezwzględnej ciemności, wilgoci, malejącej w zastraszającym tempie ilości tlenu i braku perspektyw na szybką i prostą ewakuację do własnego łóżka?
  Ze Słowa Bożego widzę, że ci, którzy mieli silną wiarę graniczącą w pewnością, którzy sami albo fizycznie albo duchowo dotykali Jezusa Chrystusa, pozostawali w stałym kontakcie z Nim - tych nic nie było w stanie przerazić, zachwiać, wpędzić w panikę. …co zobaczyliśmy na własne oczy, czemu się przyglądaliśmy i czego dotknęły nasze ręce, a co odnosi się do Słowa życia [1 List Jana 12]. Wiedzieli, że jeżeli będą żyli to na chwałę Boga a jeżeli przyjdzie im odejść z tego świata to trafią w ekspresowym tempie do tego lepszego i spotkają się z Jezusem twarzą w twarz. Bo dla mnie życie to Chrystus, a śmierć — to zysk. Jeśli już żyć w ciele, to dla owocnej pracy. Co bym wolał? — nie wiem. Pociąga mnie jedno i drugie. Chciałbym stąd odejść i być z Chrystusem, bo to o wiele lepsze – pisał apostoł Paweł po tym jak zobaczył Chrystusa [List do Filipian 1,32-23]
  W rozmowach z moimi braćmi i siostrami widzę jak bardzo tęsknimy za taką postawą, pełną wiary, jak bardzo sami czujemy się słabi a „Chrystus w nas, nadzieja chwały” i fakt bycia świątynią Ducha Świętego wydają się prawdziwe tylko chwilami. Czy ja gdybym znalazł się na miejscu tych tajskich chłopców trwałbym niewzruszenie w wierze, nadziei i miłości? Czy osoby komentujące moje uwięzienie w jaskini mówiłyby „On jest chrześcijaninem, to oczywiste, że jest pełen pokoju i nadziei, że społeczność z Jezusem daje mu siłę” ? To nie jest proste ale trzeba stanąć oko w oko z tym wyzwaniem i przyznać, że pewnie by tak nie było. Widzę też często jak moi drodzy bracia w wierze nie są bynajmniej tytanami wiary, jak słabną w obliczu najmniejszych przeciwieństw.
  Wydarzenia w Tajlandii karzą mi dzisiaj zadać sobie podstawowe pytania o kondycję mojej, naszej wiary, o jej podstawy, jej niezależność od przyczyn zewnętrznych. Gdzie jest recepta? Już chyba o niej wspomniałem - to żywa relacja z Jezusem, nie opowieści „z trzeciej ręki” ale własne świadectwo tego, jak On objawiał się i wciąż objawia się w naszym życiu i realnie działa, że jest żywym Bogiem, który ma moc, ba - wszechmoc! Jezus – światłość świata. To Światło świeci w ciemnościach, a mrok nie był w stanie go pochłonąć [Ewangelia Jana 1,5]
  Niechby ktoś kiedyś powiedział o chrześcijaństwie słowa, które usłyszałem z ust "mądrej" pani psycholog. Niechbyśmy na to zasłużyli.

18 czerwca 2018

Ciemna masa

  W latach 80. ubiegłego wieku astrofizycy doszli do wniosku, że nie są w stanie wytłumaczyć ruchów gwiazd w galaktykach i innych zjawisk w kosmosie za pomocą znanych im praw fizyki. Postanowili zatem powołać do życia nowy byt - ciemną materię. Miałaby ona oddziaływać grawitacyjnie na otoczenie i wszystko dzięki temu wróciło do normy, zgodnie z przyjętymi założeniami. Obliczenia zaczęły się zgadzać a poważani naukowcy wreszcie mogli spać spokojnie. Szybko wyliczono też, że ciemna materia to 27 proc. całej masy wszechświata, ale ostatnio czytałem, że jacyś badacze stwierdzili, że to dla nich za mało i uważają, że ciemna materia przeważa w kosmosie. No cóż…
  Występuje ona podobno także w naszej galaktyce, jednak - uwaga dla zaniepokojonych - nie w tej jej części, gdzie krąży Ziemia. Ale ostrożnie - według naukowców istnieje jeszcze ciemna energia i ona jest już wszędzie.
  Z ciemną materią jest jeden problem - nikt jej nigdy nie widział. Zresztą jest z definicji niewidzialna i nie wchodzi w żadne interakcje z żadnymi innymi ciałami. Czyli wszystko jasne? Nie do końca. Na świecie istnieje kilka bardzo skomplikowanych urządzeń, zwanych detektorami ciemnej materii, którym także nie udało się jej „złapać”. Ciemnej energii, chociaż teoretycznie jest wszędzie wokoło, też nie udało się „złapać za rękę” ale naukowcy uzasadniają to dziesiątkami zdań tak nasyconych hermetyczną terminologią, że jedyną sensowną reakcją może być „Yhyyy…, rozumiem” :-)
  Zaznaczam - nie jestem fizykiem ani astrofizykiem, swoją wiedzę opieram na ogólnodostępnych źródłach, choć kiedyś amatorsko pasjonowałem się takimi sprawami. Ale podsumujmy, próbując oderwać się od zniewalających naukowych autorytetów i wszelkiej poprawności politycznej:
- po pierwsze: ktoś nie dał sobie rady z wyliczeniami ruchów gwiazd na niebie i uznał, że musi to jakoś uzasadnić
- po drugie: tzw. świat naukowy po dość długim okresie wątpliwości w końcu zgodził się uznać za prawdę istnienie czegoś, czego nie widać, nie czuć, podobno nie występuje w naszym najbliższym otoczeniu i czego istnienia nie stwierdzono naukowymi (notabene) metodami.
  Brzmi trochę jak żart? No cóż… Wbrew pozorom sprawa jest poważna. Wydawałoby się, że naukowiec to ktoś, kto obserwuje rzeczywistość, tworzy na tej podstawie pewne teorie a następnie udowadnia je poprzez doświadczenie (czyli obserwację w naturze). Ale jak widać to się ostatnio zmienia, szczególnie w takich dziedzinach nauki jak astrofizyka, fizyka kwantowa itp. Brak możliwości sprawdzania teorii empirycznie powoduje coraz częściej, że są one przyjmowane za pewnik bardziej na podstawie wiary albo dlatego, że brak innego wyjaśnienia pewnych procesów. Często teorie „przez zasiedzenie” zyskują status prawd (patrz teoria ewolucji).
  Powszechne uznanie przez świat nauki istnienia ciemnej materii nieodmiennie wprawia mnie w osłupienie. Wydawałoby się bowiem, że równie dobrze, a raczej o wiele szybciej powinien on uznać istnienie Boga. Boga także nie widać, nie można potwierdzić Jego istnienia żadnymi metodami naukowymi, nie oddziaływuje z otoczeniem (pomijając wyjątki). Mało tego - uznanie istnienia Boga wyjaśniłoby wszystko, czego do tej pory nauka nie jest w stanie wyjaśnić. A wbrew pozorom jest tego trochę. No i w obu przypadkach tak naprawdę chodzi przecież o wiarę.
  Dlaczego zatem upierać się przy ciemnej materii? Odpowiedź jest prosta - ciemna materia nikogo nie oskarża, jej hipotetyczne istnienie nie niesie z sobą ładunku moralnego i jakiejkolwiek konieczności przemiany grzesznego życia.
  Bóg oskarża samym swym istnieniem. Uznanie go za Stwórcę i wciąż działającego Pana niesie z sobą konieczność uznania wszystkiego, co pochodzi od Niego, wszystkich prawd i wezwań. Niesie z sobą pojęcie grzechu, sądu, konieczności nawrócenia. W konsekwencji - utratę całego prestiżu, poważania, przywilejów, lukratywnych posadek na uczelniach, dotacji, „przyjaciół” itp., itd.
  Ja jestem PAN, Ja czynię wszystko! Ja sam rozpiąłem niebiosa i rozciągnąłem ziemię — czy ktoś był ze Mną? Udaremniam znaki gadułów, z wróżbitów robię głupców, mędrców odprawiam z niczym, obnażam rzekomą ich mądrość. [Księga Izajasza 44,24-25]
  Nierozumny myśli sobie: „Nie ma Boga!” [Psalm 53,2]

12 czerwca 2018

Wyspa bezprawia

  Niedawno jeden z braci w Chrystusie opowiadał mi o szczególnym miejscu. Na południu Europy, w ciepłym, iście rajskim klimacie znajduje się wyspa, która przez władze kraju, do którego należy świadomie została wypchnięta poza margines prawa. Choć teoretycznie obowiązuje tam konstytucja i kodeks karny oraz cywilny państwa to w praktyce nie obowiązuje NIC. Samochody zmieniają właścicieli w ekspresowym tempie i nawet nikt nie troszczy się o wyposażanie ich w tablice rejestracyjne (o przepisach ruchu drogowego wręcz nie wypada mówić), kwitnie nielegalny handel i złodziejstwo. Normą jest rozluźnienie obyczajów, powszechne jest przebywanie na plażach i nie tylko półnago lub całkowicie nago.
  Godząc się na przebywanie na wyspie ludzie z góry akceptują taki stan rzeczy i wiedzą w czym uczestniczą i z czym się mogą liczyć. A jednak zdarza się, że ktoś wzywa policję, która musi wszak podjąć specjalną ekspedycję ze stałego lądu. To bardzo rzadkie wydarzenia. Chyba ktoś po prostu uznaje, że ktoś inny „przegiął” i sprawy wymknęły się spod kontroli. Zabójstwo, naruszenie czyichś interesów, przekroczenie niepisanego lokalnego kodeksu – domyślać się można, że policja nie za bardzo radzi sobie z czymś takim w świecie zamkniętych układów i układzików. Życie toczy się dalej.
 Słuchałem tych opowieści początkowo z lekkim niedowierzaniem, później z rosnącym przerażeniem. Ale po skończonej rozmowie stwierdziłem, że „wyspa bezprawia” (bo tak jest tam powszechnie określana) nie jest niczym dziwnym. Jest po prostu wspaniałą (jakkolwiek by to określenie nie brzmiało w tym kontekście) ilustracją prawd Słowa Bożego. Żyjąc na co dzień w świecie w którym otaczają nas ludzie zachowujący pozory uprzejmości i szacunku dla prawa, w którym nikt nie biega z siekierą po ulicach a żądze są w miarę skutecznie tłumione przez normy kulturowo-społeczne, zapominamy że żyjemy w zepsutym, upadłym świecie.
  To jedynie świadomość nieuchronności kary i egzekwowania prawa powstrzymuje większość ludzi przed jawnym czynieniem zła – tak, to gorzka prawda. Opowieść o wyspie bezprawia jest jej ilustracją i wydobyciem na światło.
  Dowiedliśmy już przecież winy i Żydów, i Greków — na wszystkich ciąży grzech, zgodnie ze słowami: Nie ma sprawiedliwego — ani jednego, nie ma, kto by rozumiał, nie ma, kto by szukał Boga. Wszyscy zboczyli, wszyscy stali się podli. Nikt nie dba o dobro, brak choćby jednego. Ich gardło to otwarty grób, swymi słowami zwodzą, jak żmije kryją pod wargami jad, ich usta pełne przekleństw i goryczy. ich nogi śpieszą do rozlewu krwi, na ścieżkach — zguba i nieszczęście, droga pokoju nie przemyka przez myśl, a lęk przed Bogiem nie wpływa na ich posunięcia [List apostoła Pawła do Rzymian 2,9-18]; Są znieprawieni, popełniają ohydne czyny. Nie ma nikogo, kto by dobrze czynił. Pan spogląda z niebios na ludzi, aby zobaczyć, czy jest kto rozumny, który szuka Boga. Wszyscy odstąpili, wespół się splugawili. Nie ma, kto by dobrze czynił, nie ma ani jednego. [Psalm 14,1-3] – diagnoza ludzkości po upadku pierwszych ludzi jest druzgocąca. Tylko sprzyjające okoliczności sprawiają, że na co dzień nie dostrzegamy w pełni trafności tej „laurki”, jaką wystawia nam Słowo Boże.
  Wierzę, że Bóg dopuszcza istnienie takich miejsc jak śródziemnomorska „wyspa bezprawia” by niektórzy zdołali dostrzec straszliwą kondycję człowieka żyjącego bez Niego, człowieka niezbawionego od grzechu przez Jezusa Chrystusa - i zaczęli szukać ratunku. Wyjdźcie spośród nich! Odłączcie się od nich — mówi Pan. I: Nieczystego nie dotykajcie; a ja was przyjmę. I: Będę wam Ojcem , a wy będziecie mi synami i córkami — mówi Wszechmocny Pan [2 List apostoła Pawła do Koryntian 6,17-18].

31 maja 2018

Upadek

  Gdy diabeł kusił Jezusa po Jego chrzcie w Jordanie zaproponował m.in.: Dam Ci to wszystko, jeśli tylko upadniesz przede mną i złożysz mi pokłon. [Ewangelia Mateusza 4,9] To wezwanie do upadnięcia przed diabłem i oddania mu pokłonu nie jest wyłącznie odwołaniem do formy hołdu, właściwego dla władców tamtych czasów. Niedawno zobaczyłem, że żądanie diabła by upaść przed nim powtarza się w całej historii ludzkości, jest stale obecne na kartach Biblii, choć może nie zawsze jest sformułowane wprost.
  Śmierć jednak panowała od Adama do Mojżesza nawet nad tymi, którzy nie zgrzeszyli w podobny sposób jak Adam, będący odpowiednikiem Tego, którego przyjście miało dopiero nastąpić. Jednak z darem łaski jest inaczej niż z upadkiem. O ile jeden upadek ściągnął śmierć na wielu ludzi, o tyle łaska Boża i dar tej łaski wyjednany przez jednego człowieka, Jezusa Chrystusa, wielu ludziom przyniosły obfitość dobrodziejstw. [List do Rzymian 5,14-15]; Dlatego uważajcie, abyście nie upadli i nie sporządzili sobie podobizny bożka, jakiegoś posągu przypominającego mężczyznę lub kobietę albo jakieś zwierzę żyjące na ziemi, albo jakiegoś ptaka szybującego po niebie… [5 Mojżeszowa 4,16]; Czuwajcie i módlcie się, abyście nie upadli w czasie próby. Duch wprawdzie pełen chęci, ale ciało — słabe [Ewangelia Mateusza 26,41]. Przykładów na to, że Bóg i Jego Słowo określa grzech jako upadek można by mnożyć. Po upadku Adama wszyscy jesteśmy upadłymi ludźmi, grzesznikami. Jezus powiedział Jeśli więc wy, upadli ludzie, wiecie, jak dawać dobre dary swoim dzieciom, o ileż bardziej wasz Ojciec, który jest w niebie, da to, co dobre, tym, którzy Go proszą. [Ewangelia Mateusza 7,11]
  Diabeł w swej próżnej naturze najpierw chciał być równy Bogu i odbierać należne Jemu hołdy, teraz domaga się chociaż żeby każdy pojedynczy człowiek upadł i oddał mu pokłon. I właśnie upadek ma tu podwójne znaczenie. Tak naprawdę upadając w grzech już oddajemy pokłon, hołd przeciwnikowi, uznając, że to co on nam oferuje jest lepsze niż to co daje nam Ojciec. Upadamy gdy składamy diabłu w ofierze nasze myśli, czas, jakieś działania przeciwne Bogu.
  Myśląc o tym zobaczyłem wielowymiarowość i wagę grzechu. Tylko tak patrząc możemy w pełni zrozumieć dlaczego dla Boga tak istotne jest każde nasze „niewinne” kłamstwo i każda „drobna” myśl, przeciwna Jego myślom.

7 maja 2018

Wizja

  Kilka dni temu miałem możliwość pokazania kilku braciom miejsca, które zauroczyło mnie już kilka lat temu. Arboretum Wirty to formalnie ogród dendrologiczny, gromadzący okazy drzew i krzewów. Kiedy przed laty ktoś zachwalał mi Wirty właśnie jako taki ogród, to kojarzył mi się tylko z nudnym miejscem z tabliczkami przy roślinach, co nie wzbudziło siłą rzeczy mojego zainteresowania. Dziś to miejsce budzące wiele emocji, skojarzeń, wspomnień. To miejsce jakby wyjęte z reszty świata, nierzeczywiste, gdzie hektary trawników są nieskazitelnie zadbane, ścieżki sterylnie czyste, a nawet w tojtojkach są spłuczki i mydło w płynie. Ale przecież to nie blog podróżniczy, nie mam zamiaru zachwalać tu żadnych atrakcji turystycznych.
  Przechadzając się pomiędzy monumentalnymi okazami drzew, z których większość liczy sobie niemal dwieście lat myśleliśmy o tym, że leśniczy, czuwający w połowie XIX wieku nad zakładaniem tego niezwykłego ogrodu mieli wizję. Sadząc poszczególne, małe wówczas drzewka widzieli już oczami wyobraźni jak ich dzieło będzie wyglądać w odległej przyszłości. Ukształtowanie terenu musiało korespondować z takimi a nie innymi drzewami i krzewami, oświetlenie musiało wydobywać dokładnie to, co zamierzali twórcy. Efekt dziś powala i obezwładnia swoim pięknem.
Bardzo szybko przenieśliśmy nasze spostrzeżenia na grunt duchowy. Czy zdajemy sobie sprawę z przyszłych konsekwencji naszych najdrobniejszych nawet czynów i słów? Czy my mamy wizję? I pytanie moim zdaniem najważniejsze dla chrześcijanina – jeżeli już jest to jaki ma ona charakter, skąd pochodzi?
  PAN przemówił do Mojżesza tymi słowy: (…) Niech Mi zbudują święte miejsce, w którym mógłbym zamieszkać pośród nich. Niech to uczynią dokładnie według wzorów zarówno przybytku, jak i wszystkich jego sprzętów, które Ja sam ci pokażę. [1 Księga Mojżeszowa 25: 1, 8-9] – to nie Mojżesz sam z siebie miał wizję przybytku, to Bóg przekazał mu z najdrobniejszymi szczegółami instrukcję jak ma go zbudować. To nie Mojżesz miał też wizję harmonogramu i trasy wędrówki Izraelitów przez pustynię. Potem, w czasie swoich wędrówek, ilekroć obłok podnosił się znad przybytku, Izraelici wyruszali w drogę. Gdy obłok nie podnosił się, nie wyruszali — aż do dnia, kiedy się podniósł. [1 Mojżeszowa 40: 36-37] Dziesiątki Bożych mężów i proroków wcielały w życie bynajmniej nie własne pomysły, koncepcje i wizje, choć tak się mogło wydawać postronnym obserwatorom.
  Wnioski z przemyśleń po wizycie w Wirtach były proste – chrześcijanin musi mieć wizję, inaczej żyje bezmyślnie i co najważniejsze bezużytecznie, z dnia na dzień, bez pożytku dla innych i dla przyszłych pokoleń. Musi mieć precyzyjną wizję. Otóż tej wizji niebieskiej nie mogłem się oprzeć – mówił apostoł Paweł. [Dzieje apostolskie 26:19-20] Oby tak zawsze było z nami!
  Dziwiętnastowieczni pasjonaci dendrologii, urzeczeni egzotycznymi okazami widzieli już oczami wyobraźni jak będą się one prezentować na terenie, który przedtem wydarli przyrodzie, kompletnie karczując hektary zastanego tam lasu. Ale tutaj to oni sami tworzyli tę koncepcję, sami opracowali plan.
  Dzięki Bogu mogę widzieć jak każda służba dla Pana, podejmowana w moim środowisku jest wynikiem wytrwałego i konsekwentnego wsłuchiwania się w Jego głos. Dzięki Bogu sam mogę tego doświadczać i o tym zaświadczać. Sam na własne oczy mogę oglądać materializowanie się wizji domu modlitwy, różnych przedsięwzięć i służb na terenie, który Bóg w swojej łaskawości dał mojemu zborowi. I choć każda z nich jest wynikiem tego, że w każdym przypadku ktoś miał tu konkretną wizję, to żadna z nich nie powstawała w czasie bezsennych nocy, z nudów czy zwykłej cielesnej pasji i ambicji ale tylko na kolanach. Chwała Bogu!