21 lutego 2017

Zachwycenie

Coraz częściej myślę, że trudno nie zachwycać się Słowem Bożym, chociażby tak niesamowitymi fragmentami, jak rozdział DziejówApostolskich, o którym pisałem wczoraj. Ale tak naprawdę zachwycamy się (nie mówię oczywiście o tych, którzy nie zostali pociągnięci przez Pana i nie uwierzyli) przecież nie Słowem a samym Bogiem, który w Nim się objawia. Zachwycić się Bogiem… - czy dla wierzącego człowieka, napełnionego Duchem Świętym jest w ogóle inna opcja?
To chyba ważne pytanie. Jeżeli nie zachwycamy się Nim teraz to czego w ogóle oczekujemy w przyszłości? Jeżeli nie widzimy Bożej cudowności na co dzień tutaj to jak chcemy z Nią obcować na co dzień TAM?
Jest w Biblii taki wspaniały zwrot – popaść zachwycenie. W zachwycenie popadał Samuel, siepacze Saula (!), których opanował Duch i nie mogli wykonać zbrodniczych rozkazów, Dawid a w Nowym Testamencie Piotr, Paweł, Jan. Apostołowie relacjonowali to wprost: popadłem w zachwycenie. Ale niemal każdy przekład Biblii oddaje to inaczej: doznałem zachwycenia, ogarnął mnie Duch, pojawiłem się w Duchu, znalazłem się w Duchu, znalazłem się w zachwyceniu Ducha, zstąpił na mnie Duch Pana, opanował mnie Duch Pana, tknął mnie Duch Wiekuistego. Warto to porównywać, bo wtedy dobrze widać związek tego zachwycenia z Duchem Świętym. W obecności Bożej, w obecności Ducha Świętego nie można wszak pozostać bez zachwytu.
Ale jeżeli tak to co z nami, ludźmi określającymi siebie jako chrześcijan, ochrzczonych Duchem Świętym? Jeżeli naprawdę zamieszkuje w nas Duch to czy możemy żyć w stanie… dalekim od zachwytu, zachwycenia Panem? Jak to jest z tą Bożą obecnością w nas, kiedy zamiast zachwycać się Nim i cudem Jego obecności marudzimy, narzekamy, zwieszamy nosy na kwintę (no, żeby tylko). Może czas sprawdzić jak to jest z moim zachwyceniem? Czy łatwiej popadam w zachwycenie czy w rozpacz? I co z tego wynika…

20 lutego 2017

To się dopiero działo!

Kiedy po raz pierwszy czytałem 10. rozdział Dziejów Apostolskich musiałem kilkakrotnie wracać do początku historii i sprawdzać, czy dobrze przeczytałem, czy czegoś nie przeoczyłem, nie zlekceważyłem.
To niesamowita historia, zadziwiająca mnie za każdym razem. Zaczyna się od momentu gdy anioł objawił się Korneliuszowi i nakazał mu sprowadzenie Piotra z Joppy. Anioł znika bez słowa dodatkowych instrukcji ale Korneliusz wypełnia pilnie jego rozkaz. Teraz nagle przenosimy się do Joppy, do domu, w którym przebywa Piotr. Towarzyszymy mu w wizji, której doświadczył, możemy wręcz utożsamić się z jego zakłopotaniem i zdezorientowaniem co do znaczenia objawienia. Ale oto posłańcy Korneliusza właśnie odnajdują Piotra a do niego przemawia Duch Święty, nakazując pójść z nimi. Zagadek coraz więcej, ani jednego wyjaśnienia, ani jednej wskazówki co do sensu wydarzeń, które nabierają tempa.
Proponuję – spróbujmy przeczytać tę opowieść jak sensacyjne opowiadanie. Czy zagadka wyjaśni się już następnego dnia, kiedy po całodziennej podróży w upale i kurzu Piotr wraz z kompanami dotrze do domu Korneliusza? Co się stanie? Może Piotr zdradzi to po drodze, przecież na pewno już wie…
Ale okazuje się, że Piotr nie wiedział, podobnie jak Korneliusz ani nikt inny. I to jest dopiero sensacja! Wszystko przyspiesza jeszcze bardziej w momencie zmierzania do finału jak w rasowej powieści sensacyjnej. Piotr i Korneliusz spotykają się. Zapytuję więc, w jakiej sprawie posłaliście po mnie? – mówi Piotr (10:29). Korneliusz opowiada o swoim spotkaniu z aniołem i kończy: Dlatego natychmiast posłałem po ciebie, a ty wspaniale postąpiłeś, że przyszedłeś. Teraz my wszyscy zebraliśmy się przed Bogiem, aby wysłuchać wszystkiego, co zostało ci zlecone przez Pana. (10:34) Zaraz, zaraz, czy ktoś wie o co tutaj chodzi i czy jest choć jedna osoba, która wie po co się w ogóle tutaj pojawiła?? Jakoś na to nie wygląda…
I nagle: Piotr otworzył zatem usta i przemówił: Naprawdę, zaczynam rozumieć… Hurra! Piotr oczywiście zaczął rozumieć, że Ewangelia ma być skierowana nie tylko do Żydów ale i do pogan, zrozumiał w jednej chwili misterny plan Ducha Świętego, który nie tylko doprowadził do tego niezwykłego spotkania, ale zrozumiał także całkowicie sens wizji, jakiej doznał w Jopie. Celem spotkania było oczywiście głoszenie Ewangelii, w tym przypadku poganom i ochrzczenie ich Duchem Świętym, wydarzenie niezwykłe, precedensowe.
Uff… Ale czy wszystko to musiało być tak skomplikowane? No dobrze - a czy tak skomplikowany musiał być cały Boży plan zbawienia, narodziny Jezusa w Betlejem, trzyletnia niełatwa służba w Galilei i okolicach, zdrada i haniebna śmierć na krzyżu? Czy tak skomplikowane musiały być dzieje nawrócenia tak wielu z nas? Czy wreszcie tak skomplikowane i niezrozumiałe w większości aż do finału musiały być różnorodne wydarzenia w życiu tak wielu Bożych dzieci, w naszych osobistych życiorysach? Ja sam tyle razy zadziwiałem się tym czego Bóg dokonywał w moim życiu i wciąż zadziwiam tym co dokonuje i obietnicami tego co jeszcze dokona.
Finał był (jest, będzie) tak wspaniały i imponujący. Bo myśli moje, to nie myśli wasze, a drogi wasze, to nie drogi moje - mówi Pan. Lecz jak niebiosa są wyższe niż ziemia, tak moje drogi są wyższe niż drogi wasze i myśli moje niż myśli wasze. (Księga Izajasza 55:8)
Dzisiaj namawiam do smakowania tych ekscytujących Bożych scenariuszy, oglądania z każdej strony tych kunsztownych Bożych dzieł trwających w czasie i przestrzeni, do radowania się nimi i chwalenia Stwórcy. To się dopiero działo, to się dopiero będzie działo!

11 grudnia 2016

Opowiemy przyszłemu pokoleniu

Kilka dni temu, kiedy czytałem ponownie Psalm 78 zobaczyłem ile razy jest w nim mowa o Bożym działaniu, które tak na dobrą sprawę „zewnętrzny obserwator” mógłby przypisać po prostu aktywności ludzkiej, zbiegom okoliczności albo nawet tzw. siłom natury. Zbudował świątynią swoją jak wysokie niebo, jak ziemię, którą ugruntował na wieki. [Psalm 78:69] Czy to sam Bóg zbudował sobie świątynię w Jerozolimie, o której mówi psalmista? Przecież dokonał tego Salomon, a raczej jego robotnicy z materiałów, przygotowanych wcześniej przez jego ojca, Dawida. Wszystko było tylko ludzkim działaniem!
Porzucił przybytek w Sylo, namiot, w którym mieszkał wśród ludzi. Oddał w niewolę arkę przymierza i chwałę swoją w ręce wroga. Wydał lud swój na pastwę miecza (…). [wiersze 60-62]; Uderzył na tyły wrogów swoich I okrył ich wieczną hańbą. [66] – no cóż, tak się złożyło, takie koleje wojenne.
Zniszczył gradem winnice ich, a sykomory ich szronem. Wydał na pastwę gradu bydło ich, A stada ich błyskawicom. – czytamy o plagach egipskich w wierszach 48 i 49. No tak to bywa z klęskami żywiołowymi…
Tak czytać może ten psalm człowiek, który nie zna Boga, który sam nie miał okazji (nie doznał tej łaski) by Bóg raczył mu się objawić w Swoich dziełach. Ale też nawet ktoś, kto uważnie, poddany w pokorze Bożemu prowadzeniu czyta Biblię dostrzeże Bożą rękę w rzeczach pozornie poddanych tylko prawom fizyki, biologii, rachunkowi prawdopodobieństwa.
Czytając ostatnio psalm 78 nie mogłem nie myśleć o cudach, których doświadczaliśmy jako zbór przez ostatnie dwa lata. Pomiędzy wiersze psalmu wkładałem sobie słowa, które mogłyby się w nim znaleźć równie dobrze (z całym szacunkiem dla oczywistej nienaruszalności Słowa Bożego): „posłał ludzi, poruszył serca, dodał sił, dał dobrą pogodę, ochraniał od nieszczęść”. Tego wszystkiego doświadczaliśmy od Pana, budując salę modlitwy naszego zboru. Choć to przecież my, nasi bracia i siostry, wiele osób i ofiarodawców przyczyniło się w czysto fizycznym wymiarze do powstania budynku, który dzisiaj wskazuje na chwałę Boga, to wszyscy bez wahania mówimy, że to Bóg sprawił. Także wysłuchując naszych osobistych modlitw i regularnych, comiesięcznych zbiorowych modlitw zboru o bardzo konkretne potrzeby, które równie konkretnie i wiernie zaspokajał we właściwym, niezbędnym czasie. Dziękuję Panu, że dzięki temu dał mi też łaskę nowego spojrzenia  na Jego Słowo.

Tego nie zataimy przed synami ich, Lecz opowiemy przyszłemu pokoleniu: Chwalebne czyny Pana i moc jego, Oraz cudowne dzieła, których dokonał. [Psalm 78:4] Nie zataimy! My bowiem nie możemy nie mówić o tym, co widzieliśmy i słyszeliśmy. [Dzieje apostolskie 4:20]

26 listopada 2016

Spokój ducha

Często powtarzamy, że Bóg jest naszym pokojem, że mamy pokój tylko w Nim, tylko On jest naszym schronieniem i skałą. I jest to jak najbardziej prawda, tak jest i amen! Potwierdza to Słowo Boże, świadectwa wielu Bożych Mężów, często świadectwa naszych braci i sióstr a czasami także nasze własne doświadczenia.
Ostatnio czytając list apostoła Pawła do Koryntian zadziwiłem się jednak. Paweł pisze bowiem: Gdy przybyłem do Troady dla zwiastowania ewangelii Chrystusowej, a drzwi zastałem otwarte w Panu, nie zaznałem spokoju ducha, bo nie zastałem tam Tytusa, mego brata; toteż pożegnawszy się z nimi, odszedłem do Macedonii. [2 List apostoła Pawła do Koryntian 2:12-13]. Kto jak kto ale Paweł był tak mocno zakorzeniony w Chrystusie (pisał przecież żyję więc już nie ja, ale żyje we mnie Chrystus; a obecne życie moje w ciele jest życiem w wierze w Syna Bożego (…) [List do Galacjan 2:12]), że wydawałoby się, że wszelkie typowo ludzkie ograniczenia i przywiązania nie są dla niego istotne, a przynajmniej nie mogą stanowić przeszkody w momencie pełnienia służby. A przecież czytamy, że chociaż w Troadzie były sprzyjające okoliczności do głoszenia Ewangelii to Paweł z tego nie skorzystał i odszedł do Macedonii.
Wydawało się, że wcale nie był to dobry wybór, skoro Paweł pisał później: Bo nawet wtedy, gdy przybyliśmy do Macedonii, ciało nasze nie zaznało żadnego odpoczynku, lecz zewsząd byliśmy uciśnieni walkami zewnątrz, obawami od wewnątrz. W końcu jednak - Lecz Ten, który pociesza uniżonych, Bóg, pocieszył nas przez przybycie Tytusa; [2 Koryntian 7:5-6].
Kim był Tytus, że Paweł poświęca mu tak wiele uwagi i że jego osoba jest tak ważna? W tym samym liście wymieniony jest wiele razy i wiele dobrego możemy o nim przeczytać. Towarzyszył Pawłowi w wielu przedsięwzięciach misyjnych, był jak się dowiadujemy odpowiedzialny i wierny, realizował ważne zadania. Wreszcie jeden z listów Paweł adresuje bezpośrednio do niego.
Ale czy to wszystko usprawiedliwia taką postawę Pawła, o jakiej czytaliśmy na początku? Wielu chrześcijan skrzywiłoby się z niesmakiem, gdyby usłyszeli podobne słowa z ust jakiegoś brata – „O, to takie cielesne! Mamy się radować w Panu a nie uzależniać naszych nastrojów od jakiegoś człowieka!” (i już widzę te skwaszone miny).
Relacja Pawła i Tytusa była pełna braterskiej miłości i sympatii ale to co było w niej najważniejsze to wspólna służba dla Pana. Każdy z nas woli wypełniać ważne zadanie z kimś kogo ceni i może na nim polegać niż w pojedynkę. Zdarza się wręcz, że „robota się nie klei” bez kogoś, kto z pewnością by nam doskonale pomógł, był otuchą i pokrzepieniem. Po prostu brak spokoju ducha. Jak widzimy z listów Pawła Tytus był właśnie kimś takim.
Jakoś tak się dziwnie składa, że ci niesamowicie „duchowi” chrześcijanie, pogardzający wszelką „cielesnością” nie za bardzo mogą pochwalić się wielkimi efektami w służbie dla Pana. Może nie umieją Go dostrzec w bracie, który byłby dla nich wsparciem i nieocenioną pomocą…

20 listopada 2016

Miłosierni dla Boga?

Kiedy dzisiaj włączyłem telewizor trafiłem na wywiad z jakimś księdzem czy zakonnikiem katolickim. Dziennikarz pytał o podsumowanie ogłoszonego przez kościół katolicki na początku roku tzw. Roku Miłosierdzia. Indagowany mówił bardzo składnie i potoczyście i przez chwilę postanowiłem go posłuchać. I oto dowiedziałem się ku mojemu zdziwieniu, że miniony rok miał być także rokiem naszego miłosierdzia w stosunku do Boga! Nie mogłem uwierzyć własnym uszom i postanowiłem posłuchać uzasadnienia. Dowiedziałem się z niego, że (w skrócie) powinniśmy zrobić Bogu tę łaskę i odpowiedzieć na Jego wezwanie do nas bo przecież Bóg pragnie być z nami i nie chce być sam. No to okażmy Mu miłosierdzie.
Trudno to komentować, trudno zrozumieć ten tok rozumowania – jak nieforemne gliniane naczynie może okazać miłosierdzie w stosunku do swojego Stwórcy (przywołując obraz użyty przez apostoła Pawła w Liście do Rzymian 9:20). Wyłączyłem telewizor i zacząłem zastanawiać się, że nawet w kręgach ewangelicznie wierzących chrześcijan spotykamy się niestety z takim obrazem „biednego” Boga, który robi wszystko byśmy tylko łaskawie zechcieli się do Niego zwrócić.
Z czego wynikają takie oczywiste aberracje w patrzeniu na dzieło odkupienia i przede wszystkim na Majestat Wszechmogącego Pana i Stwórcy? Myślę, że (jak to niestety zwykle bywa z wszelkimi chrześcijańskimi błędami) u podstaw leży nieznajomość Słowa Bożego i Jego wybiórcza, pobieżna lektura (lub wręcz bazowanie na funkcjonujących w tzw. powszechnej świadomości fragmentach i kalkach niezbyt wiernie cytowanych).
Najbardziej chyba zawinił obraz „biednego” Jezusa stojącego u drzwi naszego serca i cierpliwie kołaczącego żeby go wreszcie wpuścić. No cóż, czy nie należy Mu się w takiej sytuacji nasze miłosierdzie? W tłumaczeniu Biblii Warszawskiej rzeczywiście czytamy: Oto stoję u drzwi i kołaczę; jeśli ktoś usłyszy głos mój i otworzy drzwi, wstąpię do niego i będę z nim wieczerzał, a on ze mną. [Objawienie Jana 3:20] i bardzo łatwo wyrwać ten fragment z kontekstu jednego z listów Chrystusa do zborów. Większość tłumaczeń mówi o pukaniu, co wzbudza już inne skojarzenia (to kołatanie kojarzy nam się z takim pełnym pokory i skromności proszeniem), ale warto zajrzeć też do Przekładu Współczesnego Nowego Testamentu i przywołać także wiersz wcześniejszy: Tych, których kocham, wychowuję z całą surowością. Bądź więc gorliwy i nawróć się. Uważaj, bo już stoję przed drzwiami i pukam. Kto usłyszy mój głos i otworzy drzwi, wejdę do jego domu na wspólną ucztę.
Obraz Jezusa cierpliwie kołatającego trochę się zmienia, prawda? To „dobijanie się” do serca grzesznika zyskuje czytelny związek z nadchodzącym sądem i ostrzeżeniem przed karą. Przestaje być słodko i jeżeli mówić o miłosierdziu to raczej trzeba by o nie błagać Boga.

9 listopada 2016

Ty

Ostatnio sporo słucham chrześcijańskich stacji radiowych. Pieśni i piosenki, jedne zapadające w pamięć, chwytające za serce, inne wpadające jednym uchem i wylatujące drugim, jedne pięknie zaśpiewane i zagrane, inne wręcz na pograniczu fałszu. Takie to uroki radiowej składanki. Jednak zdarzają się także takie utwory, które budzą po prostu moje zdziwienie. Kontekst (czyli fakt, że piosenka była emitowana w radiu chrześcijańskim) sprawia, że staram się odczytywać tekst jako mówiący o Bogu czy Jezusie. Gdybym jednak nagle włączył radio i nie spojrzał na jego wyświetlacz byłbym zapewne przekonany, że właśnie nadawany jest typowy utwór o tzw. miłości, miłości do drugiego człowieka. Chcę być przy tobie, chcę byś mnie przytulił, zabierz mnie do domu… - i tym podobne. Ani razu nie jest wyśpiewane Boże imię, ani razu nie pojawia się cokolwiek, co pozwala odczytać, że chodzi o Osobę Wszechmocnego, Świętego Pana i Zbawiciela.
Takie refleksje przybrały jeszcze na sile po niedzielnym koncercie Mate.O w moim zborze, w czasie którego zabrzmiały pieśni uwielbienia, pełne czci, bojaźni, radości ze zbawienia. Święty, święty, święty, Boże niezmierzony - huczało w sali i trudno było nie wielbić Pana razem z artystami.
„Pieśni naszych ojców” - zatytułowany był koncert i jest to tytuł znamienny. Nie zamierzam upraszczać zjawiska i twierdzić, że tylko nasi ojcowie w wierze, czyli pokolenie dzisiejszych chrześcijan-seniorów wielbiło Boga z czcią i bojaźnią a dzisiaj stajemy przed Nim z rękami w kieszeniach i bąkamy tylko coś pod nosem. Nie, tak z pewnością nie jest, byłoby to uproszczenie i krzywdzące wielu uogólnianie. Ale trudno mi sobie wyobrazić by kilkadziesiąt lat temu w jakimkolwiek zborze wierzącym zgodnie ze Słowem Bożym podrygiwano w rytmie jakiejś mantry typu „Tylko ty, tylko ty, tylko ty…”
Jak będzie dalej, czy takie piosenki, zamieniające obraz świętego Boga na partnera i kumpla będą dominowały? Niestety już dominują w wielu zborach ale wiele też wraca do wielozwrotkowych, pełnych treści pieśni sprzed lat np. ze Śpiewnika Pielgrzyma. Obawiam się jednak, że z czasem będą coraz bardziej wypierane. Wielu przywódców zborów sądzi też zapewne, że dzięki miłosnym pioseneczkom łatwiej pozyskają młodych, niewierzących ludzi. „Patrzcie, śpiewamy Bogu tak jak można śpiewać do dziewczyny czy chłopaka, to taka sama miłość. Chodźcie z nami, pośpiewajcie też a w trakcie możecie się też poprzytulać i pośpiewać to samo do siebie” - powiedzą.

A co powie Bóg?

3 listopada 2016

Z dalekiego kraju

Niedawno ponownie rozmyślałem nad znaną chyba nawet niezbyt wytrawnym czytelnikom Biblii przypowieścią Jezusa o tzw. marnotrawnym synu. Wielu kaznodziei zwraca uwagę, że tak naprawdę jej głównym bohaterem jest ojciec. Jezus opowiedział przecież tę historię by zilustrować prawdę o tym, jak Bóg cieszy się z każdego nawróconego grzesznika (od tego rozpoczyna opowieść: Taka, mówię wam, jest radość wśród aniołów Bożych nad jednym grzesznikiem, który się upamięta. [Ewangelia Łukasza 15:10])
Ja chcę jednak zwrócić uwagę na syna. Myślałem ostatnio jak potoczyłyby się jego losy, gdyby nie to, że nastał wielki głód w owym kraju i on zaczął cierpieć niedostatek. Poszedł więc i przystał do jednego z obywateli owego kraju, a ten wysłał go do swej posiadłości wiejskiej, aby pasł świnie. I pragnął napełnić brzuch swój omłotem, którym karmiły się świnie, lecz nikt mu nie dawał. (15:14-16). Podejrzewam, biorąc pod uwagę pierwszą część jego historii, że nadal wiódłby życie playboya, a może nawet zrobiłby jakąś sporą „karierę” jako wyjątkowej klasy hulaka i utracjusz. Raczej nie podejrzewam, że wróciłby kiedykolwiek do ojca a jeżeli już to pewnie w trumnie czy raczej w ossuarium J.
Jedynie dramatyczne wydarzenia sprawiły, że zaczął zastanawiać się nad swoim losem i przyszłością i ostatecznie podjął niełatwą przecież decyzję o powrocie do ojca. Czy nie pokazuje nam to pewnej ważnej prawdy? Kiedy wiedzie nam się dobrze rzadko miewamy refleksyjne nastawienie a fajne i dostatnie życie zagłusza nasze sumienie, poczucie wstydu czy obowiązku wobec innych. Dopiero gdy „karta się odwróci” zaczynamy się zastanawiać nad sobą. „Jak trwoga to do Boga” – mówi przysłowie i jest chyba jednym z niewielu będących prawdziwą ludową mądrością.
„Doświadczenia krańcowe” (katastrofa, utrata bliskich, choroba, perspektywa śmierci, zdrada) są impulsami do szukania rozwiązania i przemiany myślenia. Ludzie nawracają się pod wpływem głoszenia im Ewangelii, świadectw, Słowa Bożego, kazań, pieśni ale także często odnajdując Boga jako jedyne rozwiązanie swoich problemów, które wydają im się beznadziejne. Ludzkie możliwości się kończą, zaczyna się szukanie tego, który jest Wszechmocny.
Ja sam, mimo że poznałem już ewangelię, czytałem Słowo Boże, sporo wiedziałem i rozumiałem, potrzebowałem jak się okazało impulsu (bolesnego patrząc po ludzku), który pokazał mi, że sam mogę jedynie podążać do nikąd, że muszę odnaleźć Tego, który jest jedyną Drogą, Prawdą i Życiem.
Z historii o synu – utracjuszu możemy wydobyć jeszcze co najmniej jedną prawdę. Odjeżdżając od ojca w świat (wszak miał fundusze by wynająć sobie jakiś niezły zapewne środek transportu) do dalekiego kraju nie brał zapewne pod uwagę, że przyjdzie mu z tak daleka wracać na piechotę i to jeszcze na bosaka. A tak się sprawy potoczyły. Ważne byśmy zobaczyli determinację syna do powrotu (nawrócenia) także w tym. Przejść pieszo i w śmierdzących łachmanach pewnie sporo ponad sto kilometrów („daleki kraj” w realiach bliskowschodnich to pewnie co najmniej tyle) to nie przelewki. A jednak syn był zdecydowany by poświęcić nie tylko swoje siły i zdrowie ale także reputację i za wszelką cenę powrócić. Cała wieś widziała go wyjeżdżającego w świat, otoczonego bogactwem. Teraz cała wieś widziała go powracającego w opłakanym stanie i pewnie aż huczało od plotek i zawiści. Syn nic sobie z tego nie robił i powinniśmy się od niego uczyć. Każde upokorzenie warto znieść by wrócić do Ojca, paść Mu w ramiona i zyskać Jego przebaczenie. Syn uczy nas czym jest pokuta, będąca niezbędnym elementem nawrócenia.
Każdy z nas wraca do Ojca w śmierdzących łachmanach grzechu. Nie ma innego sposobu powrotu jeżeli tylko jest to prawdziwy powrót.